Student, kickboxer, barman, taksówkarz
Studiuje na czwartym roku psychologii w katowickiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i - jak mówi - w przyszłości chciałby współpracować ze sportowcami, najchętniej właśnie tymi, których - tak jak jego - pociągają góry. Ta pasja znalazła zresztą odzwierciedlenie w przygotowywanej pracy magisterskiej, której tytuł brzmi "Psychologiczne mechanizmy ryzyka i motywacji u uczestników wypraw wysokogórskich".
- Sam sobie zadaję pytanie - dlaczego to robię? Szczególnie w sytuacjach, gdy zbliża się jakaś wyprawa, albo już podczas niej, gdy trzeba wyjść z ciepłego śpiwora na mróz, przy bardzo ciężkich warunkach - mówi. - I odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Bo to może być pasja, chęć mocnej rywalizacji, ucieczka od codzienności, a dla mnie to chyba mix tego wszystkiego. W wysokich górach jest coś, co mnie do nich przyciąga. Cisza, ucieczka od hałasu, bez smartfona, Internetu. Zostaję sam ze sobą, ze swoimi myślami. I to właśnie kocham.
Od sześciu lat Rafał trenuje kickboxing - cztery, pięć razy w tygodniu, uczestniczy też w licznych zawodach - i to dla niego świetny trening wydolnościowy, bierze udział w Runmageddonach i planuje starty w półmaratonach.
Studia zaoczne pozwalają na pracę - jeździ taksówką, pracuje dorywczo za barem. To, co zarabia, to oczywiście mało na kosztowne wyprawy, ale zawsze może liczyć na rodziców, którzy pasję syna wspierają. Mama sama jest zapaloną podróżniczką.
Orzech i Mont Blanc
Zdobywanie Korony Ziemi Rafał rozpoczął we wrześniu 2023 roku od wejścia na Kilimandżaro, a kilka tygodni temu, podczas siedmiodniowej wyprawy, zdobył Mont Blanc. Wraz z nim i przewodnikiem był jeszcze inny Polak, niestety, jemu się nie udało.
- To ciężka góra, szczególnie niebezpieczny jest Grand Couloir, czyli "Żleb śmierci", gdzie kamienie spadają z szybkością nawet 120 km na godzinę. Co roku są tam ofiary, ten 50-metrowy fragment trzeba przejść jak najszybciej. Dziś myślę, że wybrałbym inną drogę, cięższą, ale bezpieczniejszą - opowiada 23-latek.
Zanim jednak ruszył na zdobywanie szczytu, w schronisku po włoskiej stronie Alp spotkała go przygoda, której finał najlepiej świadczy o uporze i samozaparciu młodego człowieka.
- Szczyt zdobywaliśmy od strony francuskiej, ale aklimatyzowaliśmy się po włoskiej, gdzie chodziliśmy po innych, mniejszych szczytach - opowiada. - Wszystko szło dobrze, kondycja była super, tak, jak samopoczucie, żadnych bóli głowy, duży apetyt. Na kolacji, w schronisku na 3200 metrach, zjadłem pastę orzechową i dostałem wstrząsu alergicznego z dusznościami. Poprosiłem o wapno w recepcji, ale jak mnie zobaczyli, to od razu wezwali helikopter, który zawiózł mnie do włoskiego szpitala. Dostałem zastrzyk przeciwhistaminowy i adrenalinę. O 2 w nocy mnie wypuścili, a o 8 byłem już w schronisku z powrotem. Personel był zdumiony.
Szczyt zdobył, pora na kolejny.
Pechowa Aconcagua
Nie zabrakło i lekcji pokory, którą Rafał otrzymał w styczniu tego roku, podczas wyprawy na prawie siedmiotysięczną Aconcaguę w Argentynie, najwyższy szczyt Ameryki Południowej.
- Góra to zupełnie inna niż Mont Blanc. On jest cięższy techniczne, w Andach natomiast pokonał mnie suchy, surowy klimat - mówi Rafał. - Za mało czasu było na aklimatyzację, a ona przed zdobywaniem tej góry jest wyjątkowo potrzebna. Złapałem też mocną infekcję gardła, która mnie bardzo osłabiła, i czułem, że walczę nie z górą, a z sobą, z gorączką, z przeziębieniem. Wyciągnąłem z tej wyprawy dużo lekcji, a lekcję pokory na pewno. Tym razem się nie udało, więc czeka mnie powrót do Argentyny. Wezmę namiot i długo będę się aklimatyzował. Nie ma dnia, bym o Aconcagui nie myślał.
Im więcej się dzieje, tym mam więcej energii
Studia, praca, treningi, wyprawy - czy da się to wszystko pogodzić? Czy doba nie jest za krótka?
- Nie, jeśli ma się motywację. Im więcej się dzieje, tym mam więcej energii - zapewnia Rafał, który jednak doskonale zdaje sobie sprawę również z innego aspektu. Wyprawy wysokogórskie są bardzo kosztowne, latami zbiera się sprzęt, wielkie pieniądze pochłania logistyka, przeloty, wreszcie permity, czyli same zezwolenia na atakowanie góry. I choć dotychczasowe wyprawy sfinansował on i rodzice, to jednak kiedyś potrzebni będą partnerzy i sponsorzy.
- Bardzo bym chciał w przyszłości znaleźć sponsorów, bo motywacja jest wielka - mówi.
Na razie Rafał może liczyć na najbliższych. Zwłaszcza mama, Maria Leśniak, doskonale pasję syna rozumie, bo i nie rozumieć nie może. Wszak sama, tak jak on, zdobywa szczyty.
Piotr Dobosz, zdj. archiwum Rafała Leśniaka



























