Złota godzina i wspomnienia na Lawendowych Wzgórzach
Wspinamy się wąską, biegnącą łukami, kamienistą ścieżką. Po obu stronach dorodne krzewy lawendy rosnące w równych rzędach na stoku stromego zbocza. Tego zapachu nie da się nie poczuć. W końcu wychodzimy na widokowy taras. Gdzieś pozostał złożony leżak, słychać schodzących ostatnich turystów. Jest już wieczór, Lawendowe Wzgórza już zamknięte. Dookoła słychać głośne cykanie świerszczy. Nadchodzi złota godzina dla fotografów, gdy zachodzące słońce daje najlepsze światło. Mateusz i Barbara Zachwiejowe wciąż lubią tą chwilę. I wspomnienia.
Przecież zakochali się w sobie u stóp wzgórza, w czasach licealnych, podczas ogniska. I tak zostało. Wtedy nie było lawendy, tylko zwykła gazdówka, którą prowadzili dziadkowie Mateusza. I nikt nie przypuszczał, że za wiele lat zmienią to miejsce nie do poznania. I stworzą raj jedyny taki.
Tak to się zaczyna: Grosso, Hidcot i Edelweiss
Wszystko zaczęło się od przypadku. Początkowo Mateusz chciał być oryginalny i na polu odziedziczonym po dziadkach posadzić winorośl. Jednak po rozmowach ze znawcami doszedł do wniosku, że tutejszy klimat jest zbyt surowy. Potem Barbara, która jest fotografką wpadła na pomysł, by posadzić trochę lawendy i zrobić idealne tło do robienia zdjęć. Wiele podróżowali, więc pomysły nasuwały się na myśl niczym pocztówki z wakacji.
- Chcieliśmy urozmaicić turystykę w Szczawnicy i... doświadczyć czegoś nietuzinkowego, w czymś się sprawdzić. Lubimy podróżować, zdarza nam się jeździć na południe. Tam widzieliśmy lawendowe plantacje, sami chętnie kupowaliśmy tamtejsze produkty, zapachy. I tak połączyliśmy swoje zainteresowania i pasje - przyznaje Mateusz Zachwieja.
Początek był wielką niewiadomą. Kupili dziesięć - piętnaście gatunków lawendy, posadzili i przez lata podglądali, które z nich się przyjmą, sprawdzą, nie zachorują. I z tych piętnastu zostały trzy, które bardzo dobrze sobie radzą w szczawnickim klimacie - to Grosso, Hidcot i Edelweiss.
Lawendowe lody i woreczek wspomnień
Na czym można zarabiać uprawiając lawendę? Na smakach, zapachach i widokach. W przydomowej kuchni powstają lawendowe syropy doskonałe nie tylko do herbaty, ale jeszcze bardziej do sporządzenia orzeźwiającej podczas upałów lemoniady. Wystarczy dodać plasterek cytryny, listek mięty, kilka bryłek lodu - i ożywczy napój koi zmysły. Na miejscu zresztą, po dotarciu na wzgórze, możemy kupić ze stylowej przyczepki coś do picia, a nawet lawendowe lody. I nie tylko. Z lawendy Zachwiejowie produkują zapachy. A właściwie woreczki z materiału, w które upychają suszone kwiaty. Zapach przetrwa latami, a jak chcemy, by był intensywny, wystarczy woreczek nieco pomiętosić w palcach. To doskonały sposób, by w deszczowy, jesienny wieczór przywołać wspomnienia z wakacyjnych podróży.
Ciesząc się szczęściem
To dopiero drugi sezon turystyczny, gdy Lawendowe Wzgórza otwarte są dla zwiedzających. Rośliny są już bardziej dorodne, jest bardziej kolorowo, dochodzą coraz to nowe poletka.
- Czasem przychodzą do nas sąsiedzi, którzy mieszkają poniżej mówiąc, że czuć u nich lawendę. Prawdopodobnie wynika to z tego, że rosa poranna na liściach lawendy ogrzewana na słońcu unosi się i wraz z rannym powietrzem schodzi w dół - wyjaśnia gospodarz.
Chyba każdy pozazdrości. Zachwiejowie stworzyli wymarzone miejsce dla siebie i swojej rodziny. Swoje miejsce na ziemi, gdzie czują się dobrze i spokojnie.
- Życzę każdemu takiego zakątka. Bywa, że po ciężkim, upalnym dniu wychodzimy wieczorem, gdy plantacja zastyga, jest spokój. Gdzieś z boku na leżaczkach się wyłożymy. Tego nie da się przecenić. Cieszymy się tym szczęściem - podkreśla Mateusz.
Jeszcze niedawno byłem szczęśliwy...
Jednak to szczęście zostało nagle zaburzone i to całkiem niedawno. W kwietniu dowiedzieli się, że ich 25-letni syn Filip choruje na złośliwy nowotwór. Już pół roku wcześniej Filip uskarżał się na problemy żołądkowe. Leczenie nie dawało efektów, więc szukali dalej. Diagnoza okazała się porażająca, a terapia skomplikowana. Jednak nie tracą nadziei robiąc wszystko, by uratować życie syna.
"Jeszcze niedawno żyłem jak każdy młody człowiek - śmiałem się, planowałem przyszłość, studiowałem, pracowałem, marzyłem... Byłem szczęśliwy. Wszystko runęło w jednej chwili. Mam na imię Filip. Mam tylko 25 lat i walczę o życie... Jeśli to czytasz, proszę, nie przechodź obojętnie i pomóż mi pokonać raka!" - napisał Filip na profilu Zrzutka.pl.
Niedawno skończył studia, znalazł dobrą pracę, a tu diagnoza: rak wpustu żołądka z przerzutami do wątroby. To nowotwór złośliwy, jeden z najtrudniejszych do leczenia. Walka z nim to wyścig z czasem.
- To bardzo zaburzyło nasze życie. Ale z drugiej strony okazało się jak wspaniałymi ludźmi jesteśmy otoczeni. Odkrywamy ludzi o ogromnym sercu, którzy wspierają nas niesamowicie dając siłę, by walczyć z tą chorobą. To ogromnie ważne dla psychiki, daje to siłę, wytrwałość. Wyjście do ludzi, ich zrozumienie jest nie do przecenienia - podkreśla Mateusz.
Co dalej?
To były bardzo trudne miesiące. Co gorsze, nadal nie wiedzą, jak będzie wyglądać leczenie.
- To długa droga, a chcemy być przygotowani na wszystko. Ta choroba to jedna wielka niewiadoma. Czasem sytuacja się zmienia z badania na badanie. Czasem wracamy pełni optymizmy, by potem okazało się, że jest źle - przyznaje.
Na internetowych stronach ruszyła zbiórka na leczenie Filipa. Ile będzie potrzeba - nie wie nikt. Zachwiejowie przyznają, że najlepiej, gdyby nie trzeba było wydać nic z zebranej kwoty. Wówczas pieniądze trafią do podopiecznych Fundacji Dzieci Pienin, która aktywnie włączyła się w zbiórkę na rzecz Filipa.
Możemy także my włączyć się w pomoc wpłacając choćby niewielki datek dla Filipa na profilu społecznościowym zrzutka.pl:
A jeśli ktoś chce odwiedzić z nami Lawendowe Wzgórza - zapraszamy na spacer i krótka rozmowę z Mateuszem Zachwieją. O lawendzie, szczęściu, ale i ludzkiej solidarności.
Józef Figura




























