Jak podkreśla, to wąski odcinek trasy, gdzie są utrudnione warunki do jakiegokolwiek manewru, do tego częściowo niewidoczny.
W dalszej części wpisu nie brakło inwektyw pod adresem ratownika oraz żądań wyciągnięcia konsekwencji, a wręcz wyrzucenia goprowca ze służby Choć sam zauważa, że odbywały się tam ćwiczenia GOPR, to krytykuje zarówno "karygodne zachowanie kierowcy", jak i sam fakt organizacji ćwiczeń w sobotę, gdy frekwencja na trasach jest najwyższa.
Szacunku zabrakło
Do naszej redakcji wpłynął tymczasem mail w tej sprawie prezentujący wydarzenia z punktu widzenia drugiej strony. Jak wyjaśnia, podjazd odbywał się w ramach egzaminu dla kandydatów na ratownika górskiego Grupy Podhalańskiej GOPR. Część kondycyjna, polegająca na wyjściu na nartach skiturowych na Turbacz, została poprowadzona z Obidowej, częściowo poza trasą olimpijczyków.
W trakcie egzaminu użyto pojazdów, które były wyposażone w podstawowy sprzęt ratownika górskiego, gotowego do udzielenia pomocy w górach.
"Ratownik górski nie ma obowiązku tłumaczenia turystom, dokąd się udaje ani jaki jest cel jego działań. Nie powinien być zaczepiany w trakcie wykonywania swoich obowiązków. Podczas akcji ratunkowych podlega szczególnej ochronie prawnej, która przysługuje mu w trakcie prowadzenia wypraw, akcji ratunkowych oraz innych czynności związanych z ratownictwem. Jakiekolwiek fizyczne znieważenie lub stawianie oporu ratownikowi podczas akcji jest traktowane bardzo poważnie!!! Niestety, w dniu egzaminu szacunku zabrakło. Ponownie pojawiły się zaczepki ze strony narciarzy biegowych oraz obraźliwe komentarze w mediach społecznościowych" - czytamy w liście.
On zjeżdżał pod prąd!
Sprawa trafiła od razu do władz Grupy Podhalańskiej GOPR. Naczelnik Wojciech Wojtas podkreśla, że sprawa jest dokładnie wyjaśniane. Ułatwiają to zapisy GPS, w który wyposażony jest każdy skuter.
I choć widzi pewne uchybienia w zachowaniu ratowniczych procedur, to zauważa, że do niebezpiecznego spotkania doszło w miejscu, gdzie narciarz nie powinien zjeżdżać.
- On jechał pod prąd! Tam jest wyznaczony objazd dla narciarzy dookoła polany, a tym trudnym holwegiem można jedynie podchodzić. To trudny, oblodzony fragment trasy - podkreśla naczelnik GP GOPR.
Jednak jak zauważa, ratownicy mogli, a nawet powinni byli zachować się inaczej. To fakt, że przepisy zobowiązują do korzystania z sygnałów świetlnych i dźwiękowych. Jednak podczas jazdy w terenie, w lesie często wyłącza się syrenę, by oszczędzić przyrodzie i turystom dodatkowego hałasu. Odgłos maszyny jest i tak wystarczająco donośny, by każdy go usłyszał.
Staramy się nie utrudniać...
- Mamy bardzo dobrą współprace z prowadzącymi trasę, mogliśmy też zażądać jej zamknięcia i pewnie to był błąd, że tego nie zrobiliśmy. Jednak zawsze staraliśmy się tak organizować egzaminy, by nie korzystać z tej możliwości - przyznaje Wojciech Wojtas.
Także weekendowy termin nie jest przypadkowy. Egzaminowani jak i część egzaminatorów to ochotnicy, więc trzeba zajęcia organizować tak, by umożliwić im normalna pracę zawodową.
Jak zauważa naczelnik, goprowcy zwykle organizują egzaminy w innych miejscach. Często było to na zielonym szlaku z Nowego Targu na Turbacz, gdzie trudności i urozmaicony teren pozwalają sprawdzić rzeczywiste umiejętności kursantów. Tym razem jednak ze względu na ocieplenie i brak śniegu, trzeba było przenieść je do Obidowej.
Dla większości spośród dwudziestu ośmiu uczestników, sprawdzian okazał się zbyt wymagający - do dalszej części przeszło ich zaledwie pięciu.
Przypomnijmy, że aby zostać dopuszczonym do ślubowania w Dniu Ratownika trzeba przejść nie tylko szkolenia i egzaminy, ale także staż kandydacki trwający od dwóch i pół do nawet pięciu lat.
Wyciągniemy wnioski
- Rozmawiałem z kolegą, który podczas tego zdarzenia kierował skuterem. To starszy, doświadczony ratownik. Nie ukrywam, nie była to przyjemna rozmowa. Dla nas cała ta sytuacja to też jest nauka, z której trzeba wyciągnąć wnioski - podsumowuje Wojciech Wojtas.
Józef Figura



























