Laluna, pato-celebrytka, nadawała ton całemu wydarzeniu i utrudniała prowadzenie merytorycznej dyskusji opartej na argumentach. Przerywała innym, przeklinała, domagała się uwagi oraz kierowania kamer w swoją stronę. Krzyczała, używając szokujących porównań schroniska dla psów do Auschwitz. Krzyczała o willi za miliony, którą rzekomo mieli wybudować właściciele schroniska. Kpiła, drwiła, gdy Kazimierz Pawluśkiewicz spokojnie tłumaczył, że przepełnione klatki, wille za miliony czy konające z zimna zwierzęta, to nieprawda. Jej wystąpienie miało charakter widowiska i można było odnieść wrażenie, że właśnie taki efekt był ostatecznym celem protestu.
Choć sami organizatorzy, przedstawiający się m.in. jako osoby związane z Tatrzańskim Otuliskiem, próbowali mówić o argumentach i potrzebie wprowadzenia zmian, ich przekaz został zagłuszony przez ten krzyk. Być może w innej formule - na spokojnym forum do rozmowy, bez presji kamer i podgrzewania atmosfery - udałoby się zrobić więcej dla tych psów niż poprzez medialny szum, który z reguły bardziej przeszkadza, niż pomaga.
Właściciele schroniska starali się zachować spokój i odpowiadać na zarzuty. Zaprosili protestujących oraz dziennikarzy do obejrzenia obiektu i sprawdzenia na miejscu, w jakich warunkach przebywają zwierzęta. Nie potwierdziły się tezy o tragicznej sytuacji zwierząt. Nie oznacza to oczywiście, że problemów nie ma - są momentami trudne i wymagają poprawy. Trzeba jednak pamiętać, że prowadzący placówkę działają w realiach ograniczonych środków i rosnącej liczby trafiających tam psów.
Kim byli ludzie, którzy przyszli protestować? W większości kobiety, młode i w średnim wieku, ale też trochę, jakby to nazwać, takich wyglądających jak influencerzy lub celebryci. Kobiety ze sztucznie powiększonymi wargami, botoksowanymi albo nie wiem, jak to inaczej nazwać, w butach od Christiana Diora. Obok nich mężczyźni wyglądający jak kulturyści, z wytatuowanymi dłońmi, szyjami, a nawet oczami. Nie można powiedzieć, że w większości byli to zwykli ludzie, którzy przyszli protestować.
Zdaniem naukowców, krzyk i hejt mogą wymusić reakcję - ale rzadko prowadzą do trwałej zmiany postawy. Spokojna rozmowa, argumenty i poczucie sprawczości drugiej strony są zwykle skuteczniejsze. Tylko w ten sposób można przekonać innych do zmian i doprowadzić do trwałej poprawy sytuacji - zarówno w schronisku na Kokoszkowie, jak i w wielu podobnych miejscach w całym kraju.
Robert Miśkowiec




























