Michał Adamowski: Nie, nie kusiło mnie, bo wiem, jak to wygląda od strony technicznej - nie da się tego przeanalizować w tak dużym przedziale czasu. Każdy reportaż różni się czasem, światłem i okolicznościami, np. pożar w nocy daje inne światło niż w dzień, co zmienia parametry. Ustawienie sprzętu to kwestia indywidualna i każdy, kto zajmuje się fotografią, sam do tego z czasem dojdzie.
- No i zawęziłoby to znacznie grono odbiorców, bo to byłaby książka typowo dla specjalistów.
- Tak, a specjalista sam wie, jak robić zdjęcia, więc bez sensu mu o tym opowiadać.
- Zamiast tego mamy swoistą wędrówkę w czasie i zapis historii miasta oraz Podhala.
- W zasadzie tak, bo większość historii nawiązuje do wydarzeń w miejscach, gdzie pracowałem, plus moje wyjazdy lotnicze i wycieczki.
- Wiele z tych historii znamy jako mieszkańcy, ale tutaj mamy zapis z całkiem innej strony.
- Taki był zamysł - pokazać to od kuchni. Ludzie znają newsy i zdjęcia. Wszyscy doskonale wiedzą co się działo, ale nie znają aspektów tej pracy.
- Momentami czyta się to jak kryminał, bo są wątki morderstwa przed ADHD czy ukrytych zwłok. Przeżywałeś to pisząc?
- Na pewno po części tak, bo musiałem wrócić do tych tematów bardzo dokładnie. Sprawdzałem wszystko ze źródłami, żeby nie popełnić błędu i rzetelnie zrelacjonować materiał, nie przekraczając kwestii dobrego smaku. To było trudne, zwłaszcza że znaliśmy tych ludzi - to nie były anonimowe osoby, ale rówieśnicy, z którymi spotykaliśmy się w Nowym Targu na imprezach.
- Gdzieś ten moment nad pustym grobem został ci w pamięci?
- Takie rzeczy zostają do końca życia, tego się nie da wymazać. Widząc dół, widzisz twarz człowieka, bo go znałeś. Poza tym portret ofiary zostaje w głowie po publikacjach w internecie.
- Druga rzecz to spojrzenie w twarz mordercy na sali sądowej, bo relacjonowałeś proces zabójcy... Pamiętasz te momenty?
- Pamiętam...
- Duża część książki to historie o pożarach. Podkreślasz tam dokumentowanie wydarzeń i pracę strażaków. Spoglądasz na twarze ofiar i walczących z ogniem strażaków. To trudne ujęcia...
- Trudne, bo zazwyczaj nie pokazujemy poszkodowanych. Strażaków pokazuje się często, ale trzeba uchwycić ten właściwy moment: emocje, zmęczenie lub trud pracy. Zależy od tego na co sytuacja pozwala i na co sobie można pozwolić. Nie do każdego zdarzenia da się podejść blisko.
- Piszesz, że trzeba zyskać zaufanie strażaków i wiedzieć, gdzie stanąć, by nie przeszkadzać.
- To wynika z praktyki, z tego, że robiłem to długo. Strażaków przyzwyczaiłem do tego, że nigdy nie zrobiłem zdjęcia, które godziłoby w ich pracę. Najważniejsze to nie zrobić sobie krzywdy, bo za moje bezpieczeństwo odpowiada dowodzący akcją. Każdy obszar działalności często jest odpowiednio zabezpieczony i nie ma się do niego dostępu. Trzeba kombinować, żeby znaleźć dobry kadr. Czasami szukało się fajnego kadru w miejscu, gdzie nie było nikogo, ale trzeba było uważać np. na spadające dachówki, które były strącane potężnym strumieniem wody
- Czasami jednak spotykałeś się z niechęcią gapiów. Często słyszałeś słowa: "hiena", "sęp", "paparazzi"?
- Może nie często, ale zdarzało się. I to postępowało wraz z rozwojem social mediów i portali. Coraz bardziej było odczuwalne, że ludzie coraz bardziej zwracają uwagę i interesują się tym, kto i po co robi zdjęcia.
- I co?
- Najczęściej kończyło się odzywkami, że ktoś sobie nie życzy fotografowania, nie chce by to było publikowane i tyle.
- Paradoksem jest, że ci sami ludzie, którzy wrogo się odnoszą zwykle po powrocie do domu sami szukają zdjęć z wypadku w internecie. Popyt na tego typu zdjęcia nakręca podaż.
- Jest też druga strona medalu. Te "złe" zdjęcia później służą później do zakładania zbiórek pomocowych na odbudowę domu czy leczenie pogorzelców. Bez tych fotografii nie byłoby widać ogromu tragedii. Nie do końca więc te zdjęcia, komuś mogą zaszkodzić.
- To społeczeństwo nakręca popyt na drastyczne zdjęcia, co zmusza redakcje do wysyłania tam fotoreporterów.
- Kiedyś tak było, teraz wygląda, że popyt na dziennikarstwo zmalał. Ale tak, drastyczne zdjęcie zawsze "klika się" lepiej, niż zdjęcie radiowozu; dobra fotorelacja zdobywa tysiące widzów.
- Cały rozdział poświęciłeś mowie nienawiści i polityce, m.in. spotkaniu ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego na nowotarskim Rynku i posłance Annie Paluch, która je zakłócała. Ty robiłeś to słynne zdjęcie, gdy ona kręci strażacką syreną?
- Chyba nie, pamiętam te wszystkie zdjęcia z transparentami, hasłami, które wówczas przynieśli działacze PiS-u. Dla mnie ta awantura na nowotarskim rynku była początkiem spirali nienawiści i przepychanek między politykami, co trwa do dziś.
- Przy okazji Parady Gazdowskiej "uszczypnąłeś" też obrońców zwierząt.
- Trochę tak. Z moich obserwacji na licznych imprezach na Podhalu wynika, że konie są tu na Podhalu traktowane bardzo dobrze. To najdroższy majątek właściciela, o który dba, by godnie go reprezentował. Jeśli ktoś kupuje zwierzę za kilkanaście tysięcy złotych, nie będzie go maltretował, bo biznes przestałby mieć sens. I podobna sytuacja jest jeśli chodzi o transport do Morskiego Oka. Jeśli ktoś kupuje konia wartego kilkanaście tysięcy złotych i zaprzęga go do pracy to nie będzie się nad nim znęcał, by to zwierzę zdechło mu po roku. To byłoby bez sensu.
- Z książki wynika też, że kochasz hokej, ale nienawidzisz piłki nożnej. Dalej tak jest?
- Dalej. Uważam, że na piłkę idą niewspółmiernie duże pieniądze w stosunku do innych dyscyplin - reprezentacja odnosi porażkę za porażką. Do hokeja za to zawsze miałem sentyment. Uważam, że jest niedofinansowany, ale wynika to też z oglądalności. Jeśli jej nie ma to trudno o pieniądze.
- Piłkę obrzydził ci portal i konieczność robienia zdjęć na mnóstwie meczów, czy ogólnie nie pałałeś sympatią do futbolu?
- Nigdy nią się nie fascynowałem, ale obrzydła mi całkowicie przez portal. Było jej po prostu za dużo. Choć z drugiej strony, Podhale24 było niemal jedynym źródłem zdjęć z meczów lokalnych klas A czy B, bo inne redakcje tam nie chodziły.
- Duża część książki to fotografia lotnicza. Zjeździłeś cały świat dla niezwykłych ujęć. Co jest bardziej pasjonujące: efekt końcowy czy sam moment robienia zdjęcia na przykład z rampy lecącego samolotu?
- Siedząc na rampie, nie ma czasu na dywagacje o widokach; trzeba skupić się na obiekcie. Emocje i adrenalina są spore. Czasami ma się tylko kilka sekund na wykonanie zdjęcia, jak w przypadku Starfightera na Florydzie, który leciał tak szybko, że ledwo mogliśmy go uchwycić. Na zdjęcie było 7-10 sekund
- Piszesz o sobie, że jesteś pasjonatem lotnictwa. Zwykle pasja przeradza się w latanie. Nie chciałeś sam pilotować?
- Dalej chcę, ale to kosztowne hobby. Musiałbym zrezygnować ze zdjęć, by zrobić licencję. Gdybym mógł cofnąć czas, pewnie wziąłbym kredyt na licencję pilota zamiast kupować lustrzanki. Latanie zawodowe wymaga jednak lat ciężkiej pracy i ogromnych nakładów finansowych.
- Dlaczego zrezygnowałeś z pracy w mediach? Nie brakuje ci adrenaliny?
- Wybrałem spokój i uregulowany tryb życia. Czasami mnie korci, by podjechać do pożaru, ale nie jest to już tak silne jak kiedyś.
- Zostawiasz sobie furtkę?
- Furtkę zostawiam zawsze otwartą, ale to zależy od tego jak się będzie moje życie dalej toczyło, jak będzie wyglądała praca reportera w mediach. Musiałoby się kilka czynników na to złożyć. Na pewno musiałaby to być stała, a nie dorywcza praca.
- W Polsce dziennikarze i fotografowie nie są rozpieszczani finansowo...
- Większość moich kolegów musi dorabiać na ślubach, czy eventach, bo z samej reporterki nie da się utrzymać.
- O czym będzie następna Twoja książka? Masz takie plany? Może o Stanach Zjednoczonych?
- Chciałbym. Mam mnóstwo materiału z moich wycieczek po USA. Jest też pole do napisania o lotnictwie i pokazach lotniczych. W tej nowej książce pewnie będzie już więcej zdjęć, choć dobra literatura podróżnicza radzi sobie i bez nich.
- Książkę można kupić w księgarniach stacjonarnych i internetowych jak też w Twoim sklepie internetowym. Jak sprzedaż?
- Premiera była niedawno, 10 kwietnia. Pierwsze wyniki sprzedaży będę znał po miesiącu.
Książkę "Reporter" autorstwa Michała Adamowskiego możecie kupić na aviation4u.pl






























Bronislaw był w Nowym targu w 2015 roku i ktoś twierdzi, że to się wtedy zaczęło to chyba coś jest nie tak. My pamiętamy o pluciu na Prezydenta Kaczyńskiego, o tym zezwierzęceniu po katastrofie smoleńskiej na Krakowskim przedmieściu, tam tego nie widziałeś co oni wyprawiali? Jest wiele wiele innych przykładów kto tą nienawiść wzniecił i nakręcał.