Zresztą narciarstwo było rodzinną tradycją w domu Żarneckich. Szusował zarówno ojciec Agnieszki - Franciszek, siostra Małgorzata, oraz jej obaj bracia - Tomasz i Piotr. W rodzinnym domu ściany obwieszone były dyplomami za uczestnictwo czy zwycięstwo w zawodach, które pieczołowicie oprawiała w ramki i wieszała ich mama.
Z przedszkola na stok
Agnieszka zabierała bliźniaczki na narty, zanim te skończyły trzy latka. Wcześniej było przyzwyczajanie do narciarskich butów i chodzenie w nich po domu. To dziewczyny pamiętają doskonale.
Dla bliźniaczek narty były więc wcześniej niż przedszkole. Młodszy brat, Nikodem, pierwsze kroki stawiał już w wieku półtora roku, gdy na nowotarskim Zadziale przejeżdżał po kilka metrów, puszczany przez rodziców z rąk do rąk. Tak zaczęła się także jego pasja.
- Gdy w przedszkolu dzieci zbierały się do domu, po nas przyjeżdżał tata i szybko się musiałyśmy przebierać w bieliznę termiczną, bo jedziemy na narty - wspomina Natalia.
Potem wsiadali do samochodu i ruszali na wyciąg w Suchem czy Zakopanem. I tak przez kilka lat.
Na początek zabawa
Bliźniaczki, a potem też Nikodema narciarska pasja opanowywała stopniowo.
-Jeździłyśmy na rodzinne obozy narciarskie do Austrii. To było fajne - pojeździłyśmy, potem była gorąca czekolada i znów na stok. To była frajda! Można było też pozjeżdżać na sankach. Narciarstwo to była przede wszystkim zabawa - przekonuje Natalia.
Narciarstwo stawało się ich drugą naturą.
- Dla nas ruszyć na stok to jak dla niektórych pójść spać - śmieje się Natalia.
I tak już zostało. Za każdym razem, gdy jadą poza sezonem na lodowiec cieszą się na ten moment zachwytu, gdy znów mogą przypiąć narty i ruszyć w dół.
- Wiadomo, czasami jest ciężki trening, na obozie trzeba wstać o piątej rano, podejść na stok z plecakami. Bywa ciężko. Ale to nie jest tak jak wówczas, gdy zmuszasz się, by pójść do szkoły - zauważa ze śmiechem Martyna.
Sportowe zacięcie
Nie zauważyły, kiedy śniegowa frajda przerodziła się w pasję, która owocuje już profesjonalną jazdą. Dziś Natalia cieszy się z największego osiągnięcia jakim było zdobycie Mistrzostwa Polski, a Martyna z drugiego miejsca na podium.
Sportowe zacięcie zaczęło się w zakopiańskiej Lidze Przedszkolaka w Zakopanem. Tam jeżdżą maluchy, są nagrody, nawet jeśli nie zajęły wysokiego miejsca.
Potem przyszedł czas na zawody Małopolskiego Okręgowego Związku Narciarskiego. To ostatni etap przed Pucharem Polski. Do tych zawodów wchodzi się w wieku dwunastu lat. Tu pod patronatem PZN jest już bardziej profesjonalne ściganie, w którym biorą udział najlepsi wychowankowie tych wojewódzkich lig.
- Gdy startowałyśmy w MOZN, owszem, miałyśmy treningi narciarskie, ale nie w takim wymiarze jak teraz. Wtedy wystarczyło dobrze jeździć na nartach. Raz na tydzień były jakieś treningi kondycyjne i to wszystko. Dopiero dwa ostatnie lata były poważniejsze. Zaczęły się wyjazdy kilkudniowe, a nie tylko narty po szkole - zauważa Natalia.
Podhalańskie rodzynki
Po czterech latach startów w Pucharze Polski przechodzi się do FIS -na zawody międzynarodowe. Tam zbiera się punkty, a mając odpowiednią ich liczbę można się zakwalifikować do Pucharu Europy czy Świata. i wówczas, w wieku 16-17 lat pojawia się szansa na ściganie się z dorosłymi.
Bliźniaczkom zostały więc jeszcze dwa lata Pucharu Polski. W tym sezonie jeździły z młodszymi dziewczynami, w przyszłym same będą rocznikiem młodszym.
Co ciekawe, w klubie większość zawodników pochodzi z Krakowa, Śląska czy Warszawy, paradoksalnie Podhale ma niewielu reprezentantów.
- To zastanawiające, że tak mało jest tam dzieci z Podhala - zauważa Maciej, tato narciarskiej trójki.
A może to kwestia kosztów uprawiania tego sportu?
- Nie ukrywajmy, Podhale biedne nie jest. Ale to jest wyzwanie. Trzeba pamiętać, że takiego małego brzdąca nie wyśle się samego na obóz. Trzeba jeździć z nim minimum trzy razy w tygodniu na stok. Jedni dzieci wożą na angielski czy piłkę, a my na narty. Tylko, że trochę dalej i trening trwa dwie godziny, a rodzic ten czas musi z nimi spędzić- zauważa Agnieszka.
Tymczasem kluby "z Polski" funkcjonują inaczej. Już najmłodsi pracują w innym trybie. Wyjeżdżają z trenerami busem na obóz od czwartku do niedzieli. I tam ćwiczą całymi dniami. Od dwóch lat w takim samym "obozowym" trybie funkcjonują też dziewczyny.
Czas na naukę
Poza sezonem takie zjazdy odbywają się raz w miesiącu. Okres przygotowawczy (październik-listopad) to już wyjazdy co drugi tydzień, ale już w sezonie startowym bliźniaczki rzadko są w domu. Trzeba wyjechać na tygodniowy obóz, potem dwa dni na przepakowanie w domu i kolejny wyjazd. A tam trzy dni treningów i dwa zawodów. Potem kolejna przerwa i znów wyjazd na trening przed zawodami.
Czasu na naukę jest więc niewiele, ale szkoła idzie im na rękę stawiając warunek - muszą mieć dobre wyniki także w nauce. Za każdym razem zdają cały materiał, bez taryfy ulgowej.
Uczą się więc często w drodze na zawody, czy po nartach. Zdają wcześniej lub później, ale muszą zaliczyć każdą klasówkę. I choć nie chodzą do sportowej klasy, nauczyciele z nowotarskiej "jedynki" idą im na rękę. Dziewczyny nie chcą zmieniać klasy, choć mogłyby uczęszczać do Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Jednak koleżanki i koledzy oraz nauczyciele sprawiają, że dziewczyny nie wyobrażają sobie zmiany szkoły.
- Gdyby szkołą nie szła na rękę to mielibyśmy spory problem - przyznaje mama.
Pierwsze zjazdy... karetką
Narty to także urazowy sport. Natalia już dwukrotnie jechała ze stoku karetką do szpitala. Pierwszy raz, na stoku w Suchem, gdy po szkole, już wieczorem, podczas ostatniego zjazdu podwinęła się noga. W szpitalu okazało się, że podczas upadku ukruszyła się jej kość pięty. Najważniejsze, że było jeszcze przed sezonem więc zdążyła się zrehabilitować i przygotować do startów. O zarwaniu sezonu nie było mowy.
W Austrii, gdy jeździli we mgle, wjechała nagle w miękki śnieg. Po upadku mocno bolała ją głowa, trafiła więc do szpitala z podejrzeniem wstrząsu mózgu. Szczęśliwie skończyło się krótką wizytą i konsultacjami. Musiała zrezygnować z kolejnego dnia treningu.
Intensywnie ćwiczą przez cały rok, także by w sezonie uniknąć kontuzji. W domu także trenują w domowej salce, którą tato przygotował im w piwnicy.
Latem trenują też lekkoatletykę, by poprawić wydolność. W najbliższa niedzielę wyjeżdżają na tydzień do Austrii na lodowiec, a po powrocie będą startować w biegach przełajowych.
Wiosną i latem wyjeżdżają raz w miesiącu na lodowiec, a do tego dochodzi też wypad na halę na Litwę. To sztuczny stok, gdzie można trenować nawet w pełni lata. W Polsce takiego obiektu nie ma.
I co wybrać?
Dziewczyny czeka jeszcze życiowa decyzja. Za rok będą musiały zdecydować czy po ósmej klasie idą do polskiego liceum i praktycznie kończą karierę czy wybierają poważny sport. W tym drugim przypadku nie pozostanie nic innego jak wyjazd do szkoły za granicę, najpewniej do Francji.
Tam czeka je szkoła na wysokości 2 tys. m n.p.m. u podnóża stoku. Nauka połączona jest tam z treningami i obowiązkowymi wyjazdami na zawody. Szkoła jest międzynarodowa z obowiązującym językiem angielskim. Zdają na koniec międzynarodową maturę otwierającą drzwi do każdej uczelni.
Każde z nich w swoim pokoju ma dużą kolekcję medali i pucharów i plany na kolejne sukcesy. Czy wszystko pójdzie zgodnie z marzeniami? Miejmy nadzieję, że tak, a nowotarskie mistrzynie osiągać będą kolejne sukcesy.
Natalia już dostała się do reprezentacji Polski, a będąc jeszcze w kadrze B zdobyła szóste miejsce w międzynarodowych zawodach. Ich sukcesy to także szansa na bardziej wymierne docenienie. Pierwsze miejsca w Mistrzostwach Polski skutkować będą w przyszłym roku stypendium wojewódzkim, a już zostały też docenione przez miasto.
Józef Figura






























