Ale to się właśnie kończy. Burmistrz grzebie to dzieło, choć sam - jako przedstawiciel miasta - ma w spółdzielni dwadzieścia procent udziałów.
Ale dlaczego?
To pytanie ciśnie się na usta każdego mieszkańca Rabki-Zdroju, który widział o każdej porze roku pochylonych nad parkową roślinnością ludzi w zielonych kombinezonach.
Sam Kowalcze na to pytanie nie potrafi znaleźć sensownej odpowiedzi. Co więcej, nie przypomina sobie momentu, by pojawiły się jakieś uwagi, krytyka, że coś jest nie tak. W końcu przecież spółdzielnia socjalna powstała z myślą o pracy dla miasta. A teraz to samo miasto grzebie cały dorobek.
Na placu wśród sprzętów stoi niewielkie urządzenie wielofunkcyjne, które niedawno zakupili. Świetnie spisywało się i przy odśnieżaniu alejek jak i zamiataniu czy zmywaniu chodników. Wystarczyło dołożyć odpowiednią przystawkę i wszystko działało bez zarzutu. Maszyna znalazła się właśnie na liście sprzętu przygotowanego do sprzedaży. Na wykazie są maszyny, który kupowali sukcesywnie od początku działalności. Kosztowały w sumie blisko pół miliona zł. Mimo upływu czasu, dobrze utrzymywane, wszystkie działają. Teraz może uda się je sprzedać za niewielką część pierwotnej ceny. Może za dwadzieścia procent.
Przyjechało nowe za dużym tonażem
Na wyremontowanym parterze dawnego budynku diabetologii, gdzie siedzibę ma Dziewięćsił panuje dziwna cisza. Ktoś jeszcze coś robi przy urządzeniu, ktoś inny zastanawia się co dalej.
Prezes spółdzielni zaoferował przejęcie pracowników nowemu zleceniodawcy, firmie z Krakowa, która wygrała przetarg. Ale oni mają swoich ludzi. Może kogoś przyjmą?
Z oddali słychać warkot dmuchawy do liści.
- Nasza była dwadzieścia decybeli cichsza - zauważa Krzysztof Kowalcze.
Na dostawcze samochody pracownicy narzucają zgrabione liście, gałęzie.
- Te auta nie powinny tu wjeżdżać. Regulamin parku zabrania tak dużego tonażu. Ale niby kto tego ma pilnować? - zastanawia się prezes.
Rabka tymczasowo nie ma nawet straży miejskiej. Po konflikcie z burmistrzem odszedł komendant i funkcjonariusze, a konkurs na obsadę ich miejsc jest właśnie rozstrzygany.
- Ja już swoje zrobiłem, mam 72 lata, czas na emeryturę. W tym roku i tak planowałem odejść. Tylko tych ludzi szkoda - przekonuje prezes. I choć zapewnia, że niczym się nie przejmuje, nie da się nie zauważyć nuty żalu w głosie.
Wykluczanie wykluczonych
Tomasz Majchrzak, prawnik, członek zarządu, od początku pilnował prawnych aspektów działalności spółdzielni.
- Decyzja gminy nas zaskoczyła. Gmina nie skorzystała ze sposobności, by to spółdzielnia nadal wykonywała prace, choć byliśmy od samego początku tym zainteresowani. Na każdym walnym zebraniu burmistrz przychodził, chwalił, mieszkańcy byli zadowoleni, pracownicy również. Przecież my tu zatrudniamy osoby wykluczone - zauważa.
Nabór do spółdzielni odbywał się za pośrednictwem Urzędu Pracy. W Dziewięćsile zatrudnienie dostawali bezrobotni. Są tacy, którzy pracują tu od początku, byli tacy, którzy doczekali emerytur. Trzon podstawowy zawsze stanowiło pięciu - sześciu tych samych pracowników.
- Nie było żadnych zarzutów merytorycznych ani do pracy spółdzielni, ani mnie osobiście ani pracowników. Nie mieliśmy żadnych sygnałów. Przecież burmistrz powinien działać na korzyść spółdzielni, bo ma interes w tym, jest jej członkiem - zastanawia się Krzysztof Kowalcze.
Nie było woli...
Droga do kolejnego roku działalności spółdzielni wydawała się prosta. Prawo Zamówień Publicznych w art. 94 pozwala na preferowanie spółdzielni socjalnych. Jest prawna możliwość organizowania przetargów, w których warunkiem jest posiadanie przez wykonawcę takiego statusu.
Dlaczego burmistrz z tego przywileju nie skorzystał?
- Już przed pierwszym przetargiem wnosiliśmy, by burmistrz zawarł takie zapisy, niestety, nie było woli - przyznaje Tomasz Majchrzak.
Mimo to spółdzielnia go wygrała. Cóż z tego, skoro przetarg został unieważniony, bo spółdzielnia, choć najtańsza, nieznacznie przekroczyła kwotę jaką miasto przeznaczyło na ten cel. Okazało się też, że gmina błędnie oszacowała kwotę wymiany piasku na boisku do siatkówki.
Ogłoszono drugi przetarg, z którego piasek został już wykreślony. Zgłosiły się trzy podmioty - także firma z Rabki i Krakowa. Wygrała ta ostatnia oferując znacznie niższą cenę niż pozostali.
- Właściwie burmistrz powinien się wyłączyć z przetargu jako członek rady nadzorczej spółdzielni, ale nie zrobił tego - zauważa Tomasz Majchrzak.
Po co się kopać?
- Wygrała firma, która dała cenę rażąco niską, a gmina tego nie chciała zauważyć. Powinna była unieważnić ten przetarg - dodaje prezes Kowalcze. - Mogliśmy złożyć odwołanie, bo były ku temu przesłanki, ale mieliśmy świadomość, że będzie potem nowy przetarg i znowu nie dostaniemy, więc po co się kopać z gminą? - zauważa z goryczą w głosie.
I wylicza, że jeśli firma zgłasza siedmiu pracowników do obsługi parku to wystarczy sobie pomnożyć ich wynagrodzenie brutto razy dziewięć miesięcy i da to konkretną kwotę. A do tego przecież jeszcze trzeba kupić korę, czternaście tysięcy kwiatów, powymieniać krzewy, czy uzupełnić nasadzenia.
Dotąd spółdzielnia remontowała i wymieniała na swój koszt pompy do fontann i tężni. Teraz okazuje się, że to gmina kupuje pompę do tężni. A trzeba je wymieniać niekiedy dwa razy w roku.
Jak przekonują przedstawiciele spółdzielni, podczas postępowania przetargowego miasto przystało na wszystkie stawione przez oferenta wnioski.
- I nagle okazało się, że firma nie musi mieć doświadczenia pracy w parku, nie musi mieć pracowników z odpowiednim wykształceniem, nie potrzebuje cichych pojazdów elektrycznych wymaganych w specyfikacji parku odpowiednich do pracy na alejkach. To jak my mamy wygrać taki przetarg? - dziwi się Krzysztof Kowalcze.
Operat techniczny utrzymania parku dopuszcza wjazd na alejki samochodami do 1,5 tony, tymczasem nowa firma wjeżdża samochodami o ładowności 3,5 t.
- I za chwilę ta drobna kostka, której nawet nie wolno myć ciśnieniowo, żeby nie uszkodzić, a tym bardziej jeździć ciężkim sprzętem - wkrótce zostanie "rozjechana". Ale nikogo to nie interesuje - dodaje prezes Dziewięćsiła.
Jest różnica
Przetarg wygrała krakowska firma Katdar z ceną 538 tys. zł. Oferta Dziewięćsiła i rabczańskiej firmy Tuja były podobne, sięgające blisko 799 tys. zł.
Różnica jest więc znaczna stąd wydawałoby się, że oszczędność dla miasta znaczna. Jednak Tomasz Majchrzak zwraca uwagę jeszcze na inne czynniki.
- Spółdzielnia jest płatnikiem podatku dochodowego i VAT. Stąd część wydatków za wykonane przez prace wraca do miejskiej kasy w postaci podatków. Za każde 100 tys. odprowadzanych podatków, 36 tys. wraca do gminy - zauważa.
- Nie mówiąc o pracownikach, którzy biorą wynagrodzenie, żyją tu i tu płacą podatki. Te pieniądze zaoszczędzone przez gminę na przetargu, to pozorna oszczędność, a tak naprawdę: niegospodarność - nie ma wątpliwości Krzysztof Kowalcze. - Pracownicy jak nie znajda pracy, wrócą na bezrobocie, czyli na garnuszek państwa - dodaje.
Ostatni członkowie spółdzielni nie składają broni, szukają alternatywy. Jak przekonują, chcą się oprzeć o wiarygodnego i rzetelnego zleceniodawcę. Miasto już nim nie jest.
***
Przez dwa dni próbowałem wielokrotnie skontaktować się z burmistrzem Leszkiem Świdrem, by poprosić go o komentarz. Oprócz prób dodzwonienia się na komórkę wysłałem też wiadomość z informacją w jakiej sprawie chcę rozmawiać - dotąd pozostaje ona bez odzewu.
Jak tylko Leszek Świder zechce się odnieść do tematu - wrócimy do sprawy.
Józef Figura




























Mo czas na Referendum?
W Mszanie Dolnej DA Się!
Może Mieszkańcy się w końcu obudzą,oprócz Rdzawki jest jesszcze Miasto na Miły Bóg.