Nokaut. Protokół zakopiański
/Fantástico Chico Blanco/
"Pamiętajcie, że za nieuczciwość i tchórzostwo zawsze trzeba płacić. Nie wyobrażajcie sobie, że przez długie lata możecie być liżącymi buty propagandystami reżimu sowieckiego, lub jakiegokolwiek innego, a potem nagle powrócić do intelektualnej przyzwoitości. Kto raz został kurwą, zawsze nie będzie."
George Orwell, "Tribune", 1 września 1944 r.
Deszcz w Zakopanem nie padał. Jak zawsze wisiał w powietrzu niczym brudna, lodowata owcza wełna, która oblekała domy i dławiła oddech. Jędrek Czajkowski, człowiek zasadniczo cichy i szukający samotności, siedział w ciemniejącym drewnianym salonie. Z ekranu telewizora uderzały sine rozbłyski. Resztki ładu, które tliły się jeszcze w jego duszy, bezlitośnie niszczyły kolejne złowrogie doniesienia z frontu w Ukrainie, pełne dymu i obrazów destrukcji. Na talerzu obok stygł, twardniejąc od kilku godzin, napoczęty oscypek.
Wtedy rozległo się pukanie. Nie było to zwykłe uderzanie w drewno. Było to potężne dudnienie, od którego w ułamku sekundy zatrzęsły się filiżanki w kredensie. Równocześnie domowy dzwonek rozdzwonił się histerycznym, ciągłym tonem, przypominającym alarm przed bombardowaniem albo pogrzebowe uderzanie kościelnego dzwonu.
Jędrek podszedł do drzwi, czując, jak drętwieją mu palce. Otworzył. Na progu, w gęstniejącym mroku, stał niski, krępy mężczyzna w ciężkiej, futrzanej uszance, choć do zimy było jeszcze daleko. Za jego plecami, niczym żywy, czarny mur, wyrastało sześciu potężnych drabów. Każdy z nich miał twarz tępą, zniekształconą grymasem podłości i błyszczącą od tłuszczu, jakby wyciętą z surowej słoniny. Ich wielkie dłonie bez trudu mogłyby dusić niedźwiedzie w Tatrzańskim Parku Narodowym.
W centralnym punkcie tego muru stał Władimir Władimirowicz - konus w futrzanej czapce. Pachniał drogą, lodowatą wodą kolońską, która mieszała się z zapachem ostrego mrozu i paraliżującej grozy.
- Zdrawstwuj, Iwan - powiedział typ w uszance, choć doskonale wiedział, że patrzy na Jędrka Chaikovskiego.
Głos przybysza był cichy, całkowicie wyprany z emocji i potworny w swojej niezmiennej monotonii. Jędrek rozumiał każde słowo - wspomnienia ze szkolnych lekcji języka rosyjskiego, dotąd zakurzone i zbędne, uderzyły w niego z potężną, bolesną jasnością. Nie odważył się sprostować, że nie jest żadnym Iwanem. Strach, który ścisnął mu gardło, skutecznie odebrał mu resztki odwagi, choć akurat w tej jednej chwili oddałby wszystko, by posiąść bezwzględną potęgę swojego carskiego imiennika.
- Przynieśliśmy Moskowską. Pijemy.
Wepchnęli Jędrka do środka i runęli w głąb domu bez zaproszenia, w jednej chwili bezczeszcząc przestrzeń zapachem potu, wilgotnej, zwierzęcej skóry, zakrzepłej krwi i prochu strzelniczego. Jeden z wielkoludów, o głębokiej bliźnie przecinającej wargę, z łomotem postawił na stole butelkę z matową, zieloną etykietą - niegdyś kultowy trunek na podhalańskich rautach. Przezroczysty płyn wewnątrz wydawał się nienaturalnie gęsty, oleisty i ciężki, jakby dopiero co wyjęto go z głębokiego lodu. Jędrka obezwładnił bezgraniczny strach. Strach czysty, pierwotny, odbierający zdolność racjonalnego myślenia. W jego głowie, z uporczywością robactwa lgnącego do zgnilizny, zaczęły kołatać zdania z "Jesieni patriarchy" Márqueza. Ujrzał właśnie przed sobą ucieleśnienie owego bezimiennego potwora z kart powieści, tyrana, który rządził wiek, handlował morzem i karmił poddanych ich własnymi złudzeniami. Dyktator w jego własnej, zakopiańskiej kuchni wydawał się bardziej nieskończony, wszechobecny, a zarazem przerażająco, nieludzko mały z dziwnymi oczkami, jeszcze dziwniej ulokowanymi w oczodołach.
"Jeśli powiem nie - pomyślał Jędrek, czując, jak lodowaty pot ścieka mu wzdłuż kręgosłupa - te milczące zbiry sprawią, że zniknę stąd na zawsze. Zostanie po mnie tylko krwawy ślad. Jeśli powiem tak i sąsiedzi zobaczą, że piję z tym oprawcą, zawisnę na najbliższym świerku, a z domu zostanie popiół". Wybór był iluzją. Każda ścieżka w tej kuchni prowadziła prosto do rzeźni.
- Nu, sadiś, gospodin - syknął jeden z rosłych goryli, wgniatając swoje potężne cielsko w trzeszczący, stary fotel. - Priezidient nie lubit żdat?.
- Nie mam... nie mam czystych szklanek - wykrztusił Jędrek, a jego głos łamał się z suchym trzaskiem, jak deptana gałąź.
- Umyjemy wódką - odparł Władimir Władimirowicz poprawną polszczyzną. - Jak zapewne pamiętasz słowa waszego Wieniawy-Długoszowskiego: "czysta wódka ani munduru, ani honoru oficera nie plami", to i szklanki można nią przepłukać.
Na jego twarzy pojawił się lodowaty, martwy uśmiech, który nie dotarł do oczu. Oczy dyktatora były matowe, szare i puste, niczym dwa stare, aluminiowe guziki.
- Przeszłość myje się krwią, szklanki wódką. Nalewaj.
W tym samym momencie przez ciemną szybę okna zajrzał sąsiad, który wyszedł właśnie ze swoją brunatną suką na wieczorny spacer. Dostrzegł charakterystyczny profil nietypowego gościa i zamarł, tracąc oddech. Jędrek zauważył to kątem oka i poczuł, że wyrok właśnie został podpisany. Plotka w Zakopanem pędzi szybciej niż niszczycielska lawina. W kuchni zapanowała chora, gęsta atmosfera. Wszystko stało się naraz banalne i potwornie surrealistyczne. Jeden z ochroniarzy chwycił obierak do ziemniaków i powolnymi, hipnotyzującymi ruchami zaczął zdzierać skórkę z oscypka. Drugi zawodził cicho pod nosem jakiś monotonny, prawosławny psalm, wpatrując się w wiszącą na ścianie ikonę. Sam Władimir Władimirowicz zdjął ciężkie, choć kunsztownie wykonane, luksusowe buty. Rzucone niedbale na podłogę, uderzyły o drewno z satysfakcjonującym, miękkim stukotem, potęgując absurdalną domowość tej sceny. Jego metodyczne, spokojne gesty paraliżowały bardziej niż świadomość, że pod marynarkami zbirów kryje się gotowa do strzału broń automatyczna.
- Boisz się mnie? - zapytał nagle prezydent, powoli kręcąc grubym kieliszkiem z IKEA.
- Nie, skądże... - skłamał Jędrek, czując, że żołądek podchodzi mu do gardła z przerażenia.
- Szkoda - uciął krótko Władimir Władimirowicz. - Strach to jedyny dowód na to, że czas płynie. Bez strachu wszystko stoi w miejscu, jak w tej waszej zagranicznej literaturze pełnej realizmu magicznego. Czytałeś o patriarsze, co? - Stuknął kościstym, niezbyt długim palcem w blat stołu. - On popełnił błąd. Chciał być kochany. Ja chcę tylko, żeby herbata była gorąca, a wódka zimna. Ponimajesz?
Napięcie w małym pomieszczeniu osiągnęło punkt krytyczny. Nagle z sufitu, prosto do nalanego kieliszka Władimira Władimirowicza, spadł tłusty, czarny pająk. Stworzenie desperacko szamotało się w gęstym alkoholu, by po sekundzie skonać. Wielcy drągale momentalnie drgnęli, wsuwając dłonie pod marynarki. Jędrek zamknął oczy, czekając na huk wystrzału, który roztrzaska mu czaszkę.
Zamiast tego Władimir Władimirowicz bez mrugnięcia okiem wyciągnął trupa pająka dwoma palcami. Przyjrzał się mu z sadystycznym, chłodnym podziwem, po czym wrzucił go do ust i wolno, głośno mlaskając, przełknął.
- Dobra wkładka - mruknął pod nosem. - No, to do dna!
Jędrek Chaikovski, pchnięty jakimś obłędnym, samobójczym impulsem, zamiast podnieść swoje szkło, błyskawicznie chwycił stojący na szafce flakonik z ciemnymi kroplami żołądkowymi na mięcie. Jednym ruchem wlał całą zawartość do butelki Moskowskiej. Przezroczysty płyn natychmiast zmętniał, przybierając barwę bagiennej, zgniłej wody i wydzielając ostry, gryzący zapach ziół.
- Ty czto twarisz, tliari?! - ryknął najbliższy drab, doskakując do Jędrka.
Chwycił go za kołnierz tak mocno, że tkanina koszuli zatrzeszczała, a Jędrek stracił oparcie pod nogami.
- To... to regionalna tradycja! - wrzasnął Jędrek, dławiąc się własnym strachem i brakiem powietrza. - U nas na Podhalu... bez mięty... wódka parzy duszę! Bez tego gość dostaje klątwy Giewontu!
Wielkolud zamarł i spojrzał na Władimira Władimirowicza. Ten wpatrywał się w mętną ciecz w butelce przez długą, potworną chwilę. W izbie pachniało miętą, zbliżającym się morderstwem i pierwotnym strachem. Nagle przywódca wstał. Otarł usta wierzchem dłoni i machnął ręką, dając znak swoim ludziom.
- Slamałoś, jebał jo psa! Blad?, job twaju mać! - rzucił wściekle Władimir Władimirowicz, a jego głos ciął jak brzytwa. - Nie szanujecie tradycji - powrócił do języka polskiego. - Mieszacie imperium z trawą. Idziemy. Wracamy na Kreml. Tam przynajmniej pająki wiedzą, gdzie umierać.
Świta zebrała się w trzy sekundy. Ciężkie drzwi trzasnęły z hukiem, zostawiając Jędrka w nagłej, ogłuszającej i dzwoniącej w uszach ciszy. Wybiegł przed dom, łapiąc haustami lodowate powietrze. Na drodze nie było już nikogo. Ani czarnych limuzyn, ani śladów opon na błocie. Tylko sąsiad nadal stał pod płotem. Z gębą rozdziawioną nienaturalnie szeroko przypominał pękniętą, glinianą donicę, zamarłą w idiotycznym, niemym krzyku, który ugrzązł mu głęboko w gardle.
- Jędrek... - wykrztusił wreszcie sąsiad, a jego głos drżał jak liść na wietrze. - Tyś pił z diabłem? Czy z carem? Czy z jakim chujem?
- Piłem z własnym strachem - odparł cicho Jędrek, czując, że jego dłonie wreszcie odzyskują spokój. - I wiesz co? Okazało się, że ten strach to potwór bez duszy.
Kiedy los stawia nas w sytuacji bez wyjścia, gdzie każdy wybór niesie potępienie, jedynym ratunkiem bywa absurd. Czasem drobna, niedorzeczna zmiana zasad gry potrafi rozbroić najpotężniejszego tyrana, pozostawiając go z niesmakiem w ustach i poczuciem, że trafił na kogoś jeszcze bardziej szalonego niż on sam.
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Skontaktuj się z nami
+48 796 024 024
+48 18 52 11 355redakcja@podhale24.pl
m.me/portalpodhale24
Adres korespondencyjny
Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Informacje
Obserwuj nas





























