- Gdy kilkanaście lat temu wysłałam do niej pierwszy email z pytaniem o możliwość rozmowy, nie spodziewałam się, że spotkam jedną z najważniejszych osób w moim życiu, osobę niezwykłą - zaczyna Karolina Panz.
Jesteśmy w kameralnej sali kinowej krakowskiej Fabryki Emalia Oskara Schindlera. Miejsce szczególne, miejsce akcji słynnego filmu Stevena Spielberga. Niewielki, kawiarniany stolik, a przy nim ona. Janet Applefield opowiadająca swoją historię. Nowy Targ, piękne, idylliczne dzieciństwo. Przygotowania do świąt, lepienie ptaszków z ciasta, smak słodyczy.
Cudowne dzieciństwo kończy się, gdy ma ledwie cztery latka. Uratują ją blond włoski, zielone oczy - typowe cechy aryjskiego dziecka... u żydowskiej dziewczynki.
Nie było gdzie uciekać
Pamięta głos ojca mówiącego, że wybuchła wojna, odgłosy wybuchów gdzieś w oddali. ucieczkę do Wadowic, potem na wschód. Samoloty ostrzeliwujące kolumny przerażonych uchodźców. Życie na terytorium ZSRR, zupę gotowaną z zebranych w lesie grzybów. Ogłoszenie o zbiórce mężczyzn poszukujących pracy. Ojciec zaspał. To uratowało go przed rozstrzelaniem. Zginęli wujkowie.
Wreszcie powrót do Nowego Targu, mimo niemieckiej okupacji. Nie wiedzieli co ich czeka. Aresztowanie ojca z oskarżeniem o komunizm. Pamięta jak z mamą nosiła mu jedzenie. Wypuścili go. Zmarła jej półtoraroczna siostrzyczka, nazywana przez wszystkich Sarenką.
W pamięci dziecka zapisał się strach, gdy nad ranem stali na stacji kolejowej w Nowym Targu, licząc, że uda się wsiąść do pociągu. Bez obowiązujących opasek z Gwiazdą Dawida. Z obawą rozglądając się, czy ktoś ich nie rozpozna. Szczęśliwie dotarli do Niepołomic, gdzie mieszkało kuzynostwo mamy.
- Był sierpień 1942 roku, gdy tato zdobył jakimś trafem konia i wóz. Ruszyliśmy w drogę. Ale gdzieś w polach przyuważyła nas granatowa policja. Próbowaliśmy uciekać, ale dopadli nas. Pobili drewnianymi pałkami. Krzyczałam, płakałam. Bili nas wszystkich. Na szczęście zostawili nas tam - wspomina.
I opowiada o najcięższej decyzji jaką przyszło wkrótce potem podjąć jej rodzicom.
- Nie było gdzie uciekać. Chcieli uratować chociaż moje życie. Postanowili mnie oddać. Pamiętam, jak mi tłumaczyli: "musisz być dzielna, silna, odważna". Próbuję sobie przypomnieć, co wtedy czułam, ale nie potrafię... Dziś, gdy myślę o swoim dziecku, muszę powiedzieć, że nie byłabym w stanie tego zrobić. Odeszłam z Marią Strusińską, nianią mojej kuzynki - kontynuuje swą opowieść.
Kocham cię, tatusiu
Zamieszkała w Krakowie, niewielkim mieszkaniu, które Maria zamykała na klucz, gdy wychodziła. Było ciemno, cicho, strasznie. Pamięta jak pewnego dnia przyszedł na przeszukanie niemiecki żołnierz. Wysoki, niebieskooki blondyn w lśniących oficerkach. Marii udało się przekonać go, że dziewczynka to jej siostrzenica.
Potem się dowie, że w tym czasie mama z częścią rodziny trafiła do Bełżca, obozu zagłady, w którym została zamordowana w gazowej komorze. Ojciec trafił do krakowskiego getta.
- Pamiętam obraz, gdy staliśmy za płotem. Kazał mi spakować walizkę, bo zabierze mnie do siebie kuzynka Lala. Nie znałam jej. Powiedział na koniec: kocham cię, Dzidziu. Ja: kocham cię, tatusiu... - opowiada po latach.
Kuzynka Maryla Singer zabrała Dzidzię do Myślenic, gdzie dziewczynka dostała fałszywe dokumenty. Od teraz była Krysią Antoszkiewicz.
Jednak kuzynka nie traktowała jej dobrze. Nie raz Krysia dostała pogrzebaczem po rękach, głodowała. Pomagała jej sąsiadka, Janina Wyskoczyńska, która opatrywała jej rany i dawała jeść.
Pewnego dnia Krysia pojechała z Marylą do Krakowa. Kuzynka kazała czekać w kościele karmelitów, podczas gdy sama miała spotkać się ze swoim chłopakiem w kawiarni naprzeciwko.
- Godziny mijały, a ona nie wracała. W końcu wyszłam z kościoła. Było późne popołudnie. Zobaczyłam, że drugą część ulicy, gdzie była kawiarnia odgradza kordon gestapo. Zabrali wszystkich. A ja stałam i płakałam.
Podeszła do niej nieznajoma kobieta. Zapytała co się stało. A potem wzięła ją do siebie. Pamięta dobrze ten adres: Karmelicka 18. I jej nazwisko: Alicja Gołąb.
Strasznie się go bałam
Alicja nie mogła długo ukrywać dziewczynki w swoim mieszkaniu. Sama współpracowała z ruchem oporu, miała radio, broń. Było zbyt niebezpiecznie, więc przekazała ją rodzinie w Bronowicach Małych. Tam Krysia spędziła spokojne dwa lata u Jana i Eugenii Gołąbów oraz ich córki Marii. Gdy wojska sowieckie wyparły Niemców, Dzidzię odnalazł kuzyn, Oskar Singer, który przetrwał wojnę jako Antoni Krzyżewski.
Umieścił ją w punkcie przy Długiej 38 w Krakowie, gdzie Żydzi próbowali zdobyć informacje o swoich bliskich.
- Mówili na nas "sieroty z gór". Było nas około sześćdziesięcioro dzieci. Zajęła się nami Lena (Kuechler). Każde z nas miało własną historię, ale nie mówiliśmy sobie co nas spotkało. To byłoby straszne - wspomina.
Dom przy Długiej był jedynie przystankiem. Wkrótce potem dzieci trafiły do dwóch stworzonych dla nich sierocińców - w Rabce i Zakopanem. Dzidzia wylądowała w tym drugim.
- Pamiętam ludzi wykrzykujących jakeś rzeczy na nas. Starsze dzieci, które poszły do szkoły, często wracały pobite przez polskich uczniów. Lena próbowała interweniować, ale nic nie zdziałała. W Rabce doszło do trzech ataków z bronią na sierociniec. W końcu zabrali stamtąd wszystkie dzieci - opowiada.
Jeden moment zapamiętała najmocniej. Szczęśliwy i straszny zarazem.
- Wyglądał jak szkielet, strasznie się go bałam. Ale przecież poznałam go. Tatuś. Przytuliłam się - przywołuje tamten obraz.
Dodatkowo przerażała ją jego twarz z przestrzelonym policzkiem i tkwiącą w nim kulą, wystrzeloną przez Niemca jeszcze wtedy, gdy Alojzy był w obozie koncentracyjnym Płaszów. Potem przeszedł gehennę kolejnych obozów, a po wyzwoleniu zaczął szukać córki. Na jej ślad natrafił na Długiej 38, gdzie dowiedział się, że Dzidzia jest w Zakopanem.
Bo tam pieniądze rosną na drzewach
Był zbyt słaby, by dziewczynkę od razu zabrać. Zamieszkał obok, odwiedzał ją codziennie, a po pewnym czasie nadszedł czas, gdy mogli wrócić do Nowego Targu.
- Ale tam też nie było bezpiecznie. Zaczęły się pogróżki, ktoś groził śmiercią. Gdy tato poszedł prosić o ochronę milicji, dostał pistolet, żeby się sam bronił. Spał z bronią pod poduszką - wspomina Janet.
Jednak, gdy doszło do zabójstwa Dawida Grassgruna, a potem Ludwika Hertza - Nowy Targ opuścili ostatni, nieliczni Żydzi. Wśród nich Alojzy i Gustawa.
- Pojechaliśmy do Krakowa. Pamiętam, jak szliśmy przez planty. W pewnym momencie tatuś zwrócił się do mnie mówiąc, że warunki są bardzo złe, że musimy wyjechać.
- Masz do wyboru - albo pojedziemy do Palestyny, albo do Ameryki. Co wybierasz? - zapytał.
- Amerykę - odpowiedziałam.
- Dlaczego?
- Bo tam pieniądze rosną na drzewach.
Przygotowania do wyjazdu trwały dwa lata. W końcu w 1947 roku na pokładzie SS Marine Falcon. Do dziś pamięta smak pierwszych batoników Milky Way.
I tak zaczął się nowy etap jej życia i kolejne - już wybrane samodzielnie - imię, tak, by łatwiej było je wymawiać w nowym kraju. Gustawa, Dzidzia, Krysia - od teraz już z amerykańska: Janet.
Mam taki obrazek w głowie...
Swą historię opowiada na spotkaniach młodzieży, spisała ją też w książce: "Becoming Janet. Finding Myself in the Holocaust".
Na zakończenie krakowskiego spotkania padło pytanie o obraz Nowego Targu jaki utkwiły jej w pamięci.
- Ten sprzed wojny? Mam taki obrazek w głowie: Rynek, targ, zima. Przy drzwiach do domów zatknięte w śnieg narty. Fiakrzy. Cukiernia. Wycieczka po słodycze - wymienia i dodaje ze śmiechem - jakbym wciąż słyszała słowa mamy: uważaj, nie wdepnij w gówno!
Józef Figura




























