Nokaut. Jestem stuprocentowym kosmitą i nie jest to felieton
/Fantastico Chico Blanco/
Niedawno, ni stąd, ni zowąd, ktoś rzucił we mnie tekstem, że jestem kosmitą. Tak po prostu, oberwałem nim znienacka nad filiżanką przedpołudniowej kawy. Może ów ktoś chciał mi dociąć, może subtelnie zbyć moje najnowsze życiowe odkrycie, a może - co daj Boże i w co głęboko wierzę - po prostu mnie skomplementować.
Pamiętam, że stałem wtedy oparty o parapet, z zachwytem obserwując ten cudowny, mrowiący się za oknem tłum w identycznych wdziankach. Pomyślałem sobie wówczas z nabożną wręcz czcią: "Człowieku złoty, żebyś ty wiedział, jak genialnie trafiłeś w sedno!". Przecież to najczystsza, najwspanialsza matematyka kosmosu! Jeśli tam w górze, w tej gigantycznej, czarnej otchłani pełnej wirujących gwiazd, siedzi sobie jakiś uprzejmy jegomość - dajmy na to na Alfa Centauri, oddalonej od nas o marne 4,37 roku świetlnego - i właśnie reguluje ostrość w swoim supernowoczesnym teleskopie, to przecież wszyscy jesteśmy dla niego bandą totalnych kosmitów z jakiejś egzotycznej planety Ziemia.
Dlatego z dumą i nieskrywaną radością ogłaszam: witam oficjalnie na Ziemi! Wprawdzie nie wysiadłem przed chwilą ze lśniącego, latającego talerza i nie pachnę gwiezdnym pyłem, zaś moje zielone bojówki to żaden kosmiczny kamuflaż, lecz zwykły triumf okazyjnego zakupu w sklepie internetowym. Podobnie zresztą jak mój pojazd - owszem, może i kojarzy się z pozaziemską zielenią, ale tylko dlatego, że pochodzi z krainy, gdzie zielone żabki uchodzą za kulinarny rarytas. Ale duch mój, proszę państwa, duch jest rdzennie pozaziemski! Mało tego, nawet moja przecudowna małżonka od lat niezmiennie uważa mnie za kosmitę. Skoro tak, to sprawa jest jasna. Mogę być kosmitą dla wszystkich, zarówno dla ziemian, jak i dla pobratymców z kosmosu.
Cały urok polega na tym, że na naszym własnym, globusowym podwórku słowo "kosmita" nabrało nieco innego, intrygującego znaczenia. Mówimy tak o kimś, kto rzekomo "odleciał". O kimś, kto zamiast grzecznie wpasować się w szablon szarego, fabrycznego odlewu i maszerować w idealnym, hipnotyzującym rytmie z resztą radosnego stada, woli nagle zastygnąć w bezruchu. I z autentycznym zachwytem kontemplować krawężnik, ułożony artystycznie niezbyt prosto przez zaprzyjaźnionego majstra.
Weźmy na ten przykład taką próbę spokojnej egzystencji na parkowej ławce. Siedzisz sobie z książką, wdychasz tlen, a dokoła szaleje przecież epicki, cywilizacyjny wyścig po najnowszy model czegoś tam. Taki seans lektury automatycznie degraduje cię do roli międzygalaktycznego intruza. Ludzie gapią się na ciebie jak na ufoludka, który zapomniał doprawić sobie antenek. A wszystko tylko dlatego, że miary życiowego sukcesu nie przeliczasz na cyfrowe serduszka pod zdjęciem ani na gabaryty nowego, leasingowanego samochodu.
Kiedy z uśmiechem wyznajesz w piekarni, że najbardziej na świecie cieszy cię kojący śpiew drozda, a nie ryk silników w korku do nowo otwartej, lśniącej galerii handlowej, w oczach przeciętnego zjadacza chleba stajesz się prowokacją. Może jeszcze nie zamykają cię w strefie kwarantanny, ale szept mknie już przez osiedle: "Kosmita! Lepiej go nie tykać, bo jeszcze zarazi nas tym swoim ubytkiem w korze mózgowej".
Szybko jednak odkryłem, że ta moja kosmiczność ma w sobie swego rodzaju magnetyczną siłę, choć czasem bywa też rozkosznie samotna. Współcześni ziemianie to szalenie wielkoduszne istoty bowiem potrafią wybaczyć bliźniemu niemal absolutnie wszystko: kreatywną księgowość, dziką chciwość, żenujące popisy na pierwszych stronach gazet, a nawet rozpętanie międzynarodowego konfliktu zbrojnego. Ale inności? O, tego nie darują! Jeśli ośmielisz się dostrzec coś w krzywym zwierciadle i parsknąć śmiechem tam, gdzie oni właśnie celebrują swój kolejny genialny plan, natychmiast stajesz się bombą zegarową podłożoną pod ich ułożony, bezpieczny, śmiertelnie poważny i prosty jak linijka świat.
I w tym miejscu docieramy do najwspanialszego, najczystszego absurdu naszej ziemskiej codzienności! Otóż ci sami wzorowi obywatele, którzy uważają cię za "odleciańca", sami co weekend z obłędem w oku szukają natychmiastowej ewakuacji z tej planety. Masowo odpalają swoje prywatne rakiety ratunkowe za pomocą jaskrawych drinków z palemką, oglądania po raz piętnasty tego samego serialu czy bezrefleksyjnego, transowego przewijania ekranów w poszukiwaniu taniej sensacji. Każdy z nich, zupełnie na dziko, buduje swój własny, ciasny, domowy mikrokosmos, żeby tylko nie daj Panie Boże nie zderzyć się z szarą rzeczywistością.
Wniosek z tego płynie arcyzabawny, choć momentami cierpki niczym podwójne espresso z zardzewiałego automatu w prowincjonalnej kafejce. Otóż największą tragedią ludzkości wcale nie jest ponura wizja, że jesteśmy w tej galaktycznej pustce kompletnie sami i żaden uprzejmy Marsjanin nie wpadnie do nas na niedzielny obiad. Prawdziwym dramatem jest to, że ocierając się o siebie ramionami w kolejce po bułki na tej samej planecie, potrafimy być dla siebie nawzajem bardziej obcy, zaryglowani i nieprzeniknieni, niż gdyby dzieliły nas miliardy lat świetlnych i trzy czarne dziury. Może więc, zamiast na siłę trzymać się gleby, warto z pełnym uśmiechem regularnie "odlatywać"? Choćby po to, żeby w tym całym, uroczym ziemskim zgiełku uratować dla potomności ostatnie, radosne ziarnko zdrowego rozsądku.
***
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Autor nie uczestniczy, nie komentuje i nie bierze udziału w dyskusjach na forum pod publikacją.
Skontaktuj się z nami
+48 796 024 024
+48 18 52 11 355redakcja@podhale24.pl
m.me/portalpodhale24
Adres korespondencyjny
Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Informacje
Obserwuj nas






























