- Miał nie chodzić i nie mówić. Ale chodzi, choć nieprawidłowo, i mówi - wspomina Kinga Chowaniec z Nowego Targu, mama Leonka. - Walczymy by ten chód był jak najlepszy, żeby nie zaprzepaścić tego, co uzyskaliśmy dzięki nieustannej rehabilitacji od trzeciego miesiąca życia, żeby utrzymać jego sprawność, by radził sobie sam w życiu.
Gdy potrzeby rosną
Dzięki zajęciom z logopedą Leon mówi, potrzebuje też całej gamy zajęć wspierających - codziennej rehabilitacji, sensoryki, basenu na rozluźnienie nóżek. Miesięczny koszt wszystkich zabiegów to blisko 3 tys. zł. A przecież jeszcze dwa razy w roku trzeba wyjechać do Warszawy na konsultacje do specjalistów do spraw porażeń czy analizy chodu. Nic nie jest refundowane. Sama analiza chodu określa dokładnie, które mięśnie pracują, które nerwy są uszkodzone, nad którymi trzeba bardziej popracować. Za jedno badanie trzeba zapłacić 1,5 tys. zł.
Leonek dostał co prawda, w ramach wczesnego wspomagania rozwoju, sześć godzin rehabilitacji w nowotarskiej Chatce, ale miesięcznie. Kropla w morzu potrzeb. Tyle przydzieliła poradnia psychologiczna. To zdecydowanie za mało jak dla dziecka po wylewie.
Problem w tym, że Leon rośnie, a mięśnie nie nadążają za układem kostnym i spinają się jeszcze bardziej. Powiększa się spastyka i chód wygląda gorzej.
Co gorsze, zwykły katar, drobne przeziębienie powoduje cofnięcie części zdobytej sprawności, bo z gorączką nie może pójść na zajęcia. A że szybkiej łapie wszelkie infekcje i dłużej je przechodzi niż dzieci w jego wieku - częstsze ma też przerwy w rehabilitacji.
Marząc o szkole
Kinga nie pracuje, musi opiekować się Leosiem i jego o dwa lata starszą siostrą Lenką. Do tego sama zmaga się ze swoimi dwoma przewlekłymi chorobami. W domu się więc nie przelewa, wynajmują mieszkanie w jednym z nowotarskich bloków. Marzą o komunalnym, o które się usilnie starają, ale jakoś wciąż brakuje im punktów, by dostać przydział. A to ułatwiłoby im znacznie sytuację, gdyby pieniądze zamiast na czynsz móc przeznaczyć na rehabilitację.
Szczęśliwie, Leon intelektualnie i społecznie jest w normie, co powinno mu pozwolić w przyszłości uczęszczać do powszechnego przedszkola i szkoły. Problemem jest jednak chód, który jest bardzo niestabilny. Trzeba być obok niego, by nie upadł.
Apgar 5, synek żyje...
A jeszcze cztery lata temu wszystko toczyło się normalnym tokiem. Wydawało się, że ciąża jest prawidłowa, choć w jej czasie lekarze wykryli u Kingi wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Organizm nie wytrzymał, wody odeszły przed czasem. Konieczna była cesarka.
- Gdy go wyjęli usłyszałam tylko ciche jęknięcie, niczym miauknięcie kota. A przecież pamiętałam jak głośno córka płakała, gdy ją urodziłam. Potem zobaczyłam, jak wkładają go do worka... Miałam w głowie najgorszy scenariusz. Nie wiedziałam, że to po to, by wcześniaka ocieplić i przenieść do inkubatora. Po chwili ktoś przyszedł, usłyszałam: Apgar 5, synek żyje... - mówi drżącym głosem.
Ktoś go ochrzcił zanim karetką ruszył do Krakowa. Kinga została. Nie zdążyła nawet przez moment zobaczyć nowonarodzonego synka. W drugiej dobie poprosiła o wypisanie na żądanie. Nie zważając na szwy i ranę po cięciu, pojechała do Krakowa. Ledwo chodziła.
- Wiedziałam, że muszę przy nim być, bo jak nie zdążę, to sobie nie wybaczę. Ale gdy go zobaczyłam w inkubatorze, to aż zgięłam się w pół. Miał przezroczystą skórę, Malutki. Półtora kilo. Niby dużo jak na ten czas.
Mogła popatrzeć na niego przez piętnaście minut. Był czas pandemii. Potem pozwolili na dłużej, ale tylko na zmianę z mężem. Czekała długie dwa tygodnie, by móc go po raz pierwszy wziąć na ręce. By móc go wreszcie przytulić. Jeszcze był podłączony do aparatury. Pielęgniarka pozwoliła spróbować.
- I może ktoś wierzyć lub nie, ale od tamtej chwili zaczęło dziać się lepiej. Wylewy zaczęły się zatrzymywać. Ten uścisk ma bardzo dużą moc. Mówiłam do niego: dasz radę. Mówiłam cały czas. I do dziś wierzę, że będzie miał normalne życie, że da radę.
Przez dwa miesiące na OIOM-ie w Prokocimiu mogli być przy dziecku tylko od godz. 12 do 18.
Sąsiedzkie wsparcie
W salonie wynajmowanego mieszkania urządzili małą salę gimnastyczną. Jest drabinka do ćwiczeń, kółka do podciągania, rowerek. Muszą zacząć myśleć o zakupie bieżni, która będzie nieodzowna do codziennych ćwiczeń.
Ich inspiracją jest jeden z sąsiadów, który ma 26 lat, też przeszedł porażenie. Mimo to, radzi sobie, chodzi na siłownię, ćwiczy. I daje nadzieję mamie Leonka, że i jej synek będzie tak samo samodzielny.
Jak się okazuje, dobrzy sąsiedzi to skarb. Kolejny z nich angażuje się w Winter Classic. I tak podczas rozmów okazało się, że przygotowują turniej na zakończenie lata. A to zawsze jest okazja do charytatywnej zbiórki. Tym sposobem dochód z niedzielnej, letniej edycji Winter Classic przekazany będzie na leczenie Leosia.
A jeśli ktoś chciałby już teraz pomóc w rehabilitacji chłopca można zrobić to za pomocą Fundacji Serce dla maluszka/
Józef Figura






























