Józef Figura: Ostro protestujecie przeciwko kolejnemu podejściu do tzw. prawa śniegu, czyli senackiemu projektowi ustawy ukrytemu pod drukiem 784. Co z nim nie tak?
Grzegorz Russek: Nasze stanowisko jest jednoznaczne: jesteśmy absolutnie za rozwojem stacji narciarskich i przedsiębiorczości na Podhalu, ale kategorycznie sprzeciwiamy się wywłaszczeniom. Ta kolejność deklaracji nie jest przypadkowa - chcemy uniknąć zaszufladkowania nas jako jakichś oszołomów. Nie jesteśmy żadnymi radykałami; reprezentuję rodowitych mieszkańców Podhala, którzy od 400 lat są przywiązani do swojej ojcowizny i ziemi. Sam, choć pochodzę z Krakowa i mieszkam tu od 10 lat, stawiałem pierwsze kroki na nartach w Rabce na Maciejowej. Chcemy rozwoju, ale bez przymusu państwowego.
- Cóż takiego budzi ostry sprzeciw FOP w tajemniczym druku 784?
- To już piąta lub szósta próba wprowadzenia do polskiego porządku prawnego regulacji, która de facto prowadzi do wywłaszczeń. Projekt tego dokumentu zmierza do tego, aby do katalogu celów publicznych (takich jak budowa dróg publicznych, szpitali, przedszkoli czy żłobków, które są zarządzane przez państwo lub samorząd) dodać obiekty sportowe, w tym wyciągi, koleje linowe czy taśmociągi.
- Co w tym złego?
- To tworzy podwójny, niezwykle niebezpieczny precedens. Po pierwsze, po raz pierwszy w historii cel publiczny miałby być realizowany i zarządzany przez prywatny, komercyjny biznes, a nie przez skarb państwa czy samorząd. Po drugie, jako "mięso" tego celu publicznego wskazuje się obiekty o charakterze czysto komercyjnym, rozrywkowym i sportowym. Grupa lobbingowa stacji narciarskich, pod pretekstem powstrzymania owego mitycznego "jednego pazernego górala", który rzekomo blokuje rozwój, próbuje przeforsować prawo dające im instrument przymusu państwowego. Biznes miałby otrzymywać tzw. zezwolenie na 30 lat na budowę i całoroczną eksploatację infrastruktury na prywatnym gruncie. Właściciel pozostawałby wpisany w księdze wieczystej i musiałby płacić podatki od nieruchomości, ale nie mógłby na tej ziemi zrobić absolutnie nic innego.
- Przysłuchiwałem się debacie na sesji Rady Miasta w Rabce-Zdroju, gdzie radni poparli ten projekt. Tam bardzo mocno podkreślano, że to nie jest wywłaszczenie ani odebranie prawa własności, ale jedynie "czasowe ograniczenie". Ma to zapobiec sytuacjom, jakie miały miejsce choćby na Maciejowej, gdzie na skutek protestu jednego właściciela zamknięta została cała stacja. Czy to nie jest racjonalny kompromis - ograniczenie prawa zimą, by stacja mogła działać?
- Panie redaktorze, został Pan - oraz cała społeczność Rabki - "wpuszczony w maliny" przez burmistrza Leszka Świdra lub jego sprzymierzeńców. To, że w projekcie nie używa się słowa "wywłaszczenie", a zastępuje je słowem "zezwolenie", to zwykła manipulacja polityczna i językowa. Jako prawnik posłużę się obrazową metaforą.
Wyobraźmy sobie, że mamy samochód. Podchodzi do niego przedsiębiorca z kilofem, wybija szyby, zabiera opony, silnik, kierownicę i zostawia nam samą karoserię. Formalnie to wciąż jest nasz samochód. Musimy za niego płacić ubezpieczenie, podatki, a na koniec go zutylizować. Ale czy możemy z niego korzystać zgodnie z przeznaczeniem? Nie, bo nie ma silnika ani kół. Dokładnie tym jest proponowane "zezwolenie". Ogranicza ono prawo własności na okres do 30 lat i pozostawia właściciela gruntu z taką bezużyteczną "karoserią" - czyli "pustym prawem własności".
- To weźmy inny przykład sprzed lat - Dziubasówki w Nowym Targu. Inwestor dogadał się z 90% właścicieli działek, a jeden zablokował inwestycję. Gdyby stacja powstała, zimą jeżdżono by tam na nartach, a latem właściciele mogliby na tej łące jak dotąd wypasać owce. Nikt by im tej ziemi nie zabrał ani nie zabudował na stałe. Tymczasem na skutek protestu jednego stracili wszyscy pozostali. Tam nie można nawet postawić bacówki.
- Ponownie opiera się Pan na zmanipulowanej narracji, którą usłyszał Pan w urzędzie. Projekt ustawy druk 784 w ogóle nie rozróżnia sezonu letniego i zimowego. Mówi o ograniczeniu prawa własności, które jest wpisywane do księgi wieczystej na pełne 12 miesięcy w roku, przez 30 lat. Nie ma tam mowy o żadnym "oddawaniu ziemi na lato". Bądźmy precyzyjni i czytajmy faktyczny tekst projektu ustawy, a nie marketingowe deklaracje lobbystów.
Po drugie, ja zawsze jestem zwolennikiem rozmowy i kompromisu. Zawodowo zajmuję się rozwiązywaniem sporów i gaszeniem złych emocji. Zawsze powtarzam: usiądźmy do stołu. Przykłady stacji takich jak Białka Tatrzańska (Kotelnica), Małe Ciche, Witów-Ski, Harenda czy Suche pokazują, że wielkie stacje narciarskie można budować na bazie zgody i dobrowolnych umów handlowych. Tam przedsiębiorcy przekonali lokalnych gospodarzy, proponując im czynsz dzierżawny za metr kwadratowy. Ziemia zaczęła na nich zarabiać, a inwestorzy osiągnęli gigantyczny sukces. Dlaczego dzisiaj rezygnuje się z tej drogi na rzecz przymusu państwowego?
- Skoro stacje przynoszą zyski, wszystkim się to opłaca, więc w czym problem, że potrzebna jest ustawa?
- Ponieważ nasi biznesmeni narciarscy często nie zachowują się racjonalnie. Powiem ostro: w mej ocenie wykazują się chciwością, zachłannością i pychą. Przez ostatnie 20 lat budowali swoje imperia na niewaloryzowanych i rażąco niskich kwotach czynszów dzierżawnych płaconych ludziom, którzy często nie brali prawników i nie rozumieli znaczenia klauzul waloryzacyjnych. Przez te 20 lat właściciele gruntów zachowywali się niezwykle lojalnie - nikt nie groził postawieniem płotu w środku sezonu, mimo że kwoty były zamrożone.
Dzisiaj te stacje generują ogromne zyski. Przyjrzyjmy się twardym danym finansowym. Stacja Małe Ciche w ostatnim roku rozliczeniowym wygenerowała aż 6 milionów złotych zysku netto, a rok wcześniej - 4 miliony. Wie Pan, ile ta stacja płaci rocznie za dzierżawę wszystkich gruntów pod stokiem? Zaledwie 538 tysięcy złotych. Relacja kosztu dzierżawy do czystego zysku wynosi około 1 do 10! Każdy racjonalny przedsiębiorca posiadający taki margines finansowy ma pełne pole do negocjacji i urealnienia stawek, by zachęcić właścicieli do przedłużenia umów na kolejne lata. Z kolei mała stacja Witów-Ski, posiadająca zaledwie jedną kanapę i taśmę, wypłaciła w ostatnim roku około 1,4 miliona złotych dywidendy.
Zamiast jednak stworzyć rezerwę finansową na uczciwe negocjacje z właścicielami ziemi, właściciele stacji skonsumowali te zyski, a teraz próbują wylobbować ustawę, która zmusi ludzi do oddania gruntów po zaniżonych, niewaloryzowanych stawkach. To jest czysty wyzysk i działanie w złej wierze.
- Spójrzmy na Gubałówkę, gdzie rodzina Byrcynów od lat blokuje popularną trasę. Czy to nie jest dowód na to, że prawo musi chronić inwestycje przed jednostkowym uporem?
- Odpowiem jako chrześcijanin i prawnik dbający o prawdę obiektywną. Przez lata sam ulegałem tej powszechnej, medialnej propagandzie, wierząc, że "Byrcyny zablokowały Gubałówkę". Dziś wstydzę się swojej naiwności. Kiedy bowiem szczegółowo przeanalizowałem akta sądowe spraw prowadzonych przez panią Bożenę Gąsienicę-Byrcyn z Polskimi Kolejami Linowymi (PKL) z lat 1993-2015, prawda okazała się zupełnie inna.
To, co działo się na Gubałówce ze strony PKL-u, można streścić w trzech punktach: pozorowane działania, nielegalne i siłowe próby przejmowania gruntu, a na końcu - niezwykle agresywna i oszczercza kampania medialna. PKL, będący państwowym gigantem o mentalności z czasów PRL-u, stworzył czarno-białą narrację, by zrobić z właścicieli kozły ofiarne. Tymczasem w jednym z wyroków sąd wyraźnie napisał, że w obliczu tak skandalicznych i bezprawnych działań przedsiębiorcy, właściciel gruntu nie tylko nie ma obowiązku, ale wręcz nie powinien utrzymywać z nim żadnych relacji cywilnoprawnych. Sprawa Maciejowej w Rabce może mieć bardzo podobne, drugie dno, o którym nikt głośno nie mówi, bo słyszymy wyłącznie głos silniejszego podmiotu komercyjnego.
- Zwolennicy tego projektu przekonują, że ustawa jest wzorowana na sprawdzonych rozwiązaniach z krajów alpejskich, gdzie takie regulacje z powodzeniem funkcjonują. Skoro sprawdza się to w Austrii czy we Włoszech, to dlaczego nie miałoby u nas?
- Twierdzenie, że ten projekt wzoruje się na rozwiązaniach alpejskich, to kolejne nadużycie. Porównywanie skali i uwarunkowań prawnych Tatr do Alp to kompletne nieporozumienie, które może nas jedynie ośmieszyć.
Jako prawnik analizowałem ten projekt wielokrotnie, wraz z uzasadnieniem. Projekt ustawy jest napisany niezwykle niechlujnie, bez dbałości o podstawową technikę legislacyjną, spójność terminologiczną i logikę. Wygląda na to, że była pisana na kolanie. Student pierwszego roku prawa oblałby kolokwium ze wstępu do prawoznawstwa za napisanie artykułów o tak rażących niespójnościach logicznych.
Zamiast rzetelnej analizy problemu, woli rozmowy i precyzyjnego zdefiniowania skali zjawiska, autorzy projektu przygotowali legislacyjną "armatę do strzelania do much". Chodzi o to, by zmusić właścicieli do uległości, dając przedsiębiorcom instrument pozwalający na przeczekanie i przeczołganie ludzi przez pozorne negocjacje, by ostatecznie i tak przejąć ich ziemię na 30 lat.
- Jednak czy zabezpieczenie w postaci progu 75% czy 80% podpisanych umów z właścicielami gruntów nie jest wystarczające? To zapobiega sytuacji, gdy jeden właściciel blokuje pozostałych 90%, którzy chcą zarabiać.
- Na papierze wygląda to pięknie, ale diabeł tkwi w szczegółach. Po pierwsze, proponowany mechanizm "zezwolenia" tworzy precedensy o trudnych do przewidzenia konsekwencjach - także w wymiarze międzynarodowym i bezpieczeństwa państwa. Ustawa pozwala bowiem na swobodne handlowanie i przekazywanie tego 30-letniego przymusowego zezwolenia na kolejne podmioty, bez jakiejkolwiek zgody właściciela gruntu.
Wybiegając wyobraźnią nieco dalej, w dobie toczącej się wojny hybrydowej, łatwo mogę sobie wyobrazić scenariusz, w którym spółka zarejestrowana na Cyprze, zasilana kapitałem płynącym bezpośrednio z Kremla, przejmuje od zadłużonego lub podatnego na naciski polskiego przedsiębiorcy udziały w stacji narciarskiej wraz z prawem do przymusowego korzystania z gruntów. To nie jest straszenie, to jest trzeźwa obserwacja współczesnej rzeczywistości geopolitycznej. Oddanie w prywatne, niekontrolowane ręce tak potężnego instrumentu ingerencji w grunty prywatne to wejście na pole minowe.
Po drugie, dzisiaj mówimy o "obiektach sportowych", ale za chwilę ktoś zmieni definicję i pod tym samym pozorem wrzuci do katalogu celów publicznych, biogazownie (jak ta, która wywołała ogromne protesty w Rabie Wyżnej) czy inne uciążliwe inwestycje komercyjne. Raz otwarta furtka prawna zostanie wykorzystana do maksimum.
- Co w takim razie zamierza zrobić Federacja Obrony Podhala? Projekt ustawy trafił już do Senatu.
- Naszym nadrzędnym celem jest doprowadzenie do odrzucenia tego szkodliwego projektu już w pierwszym czytaniu w Senacie. Wykorzystamy do tego wszelkie dostępne w demokratycznym państwie, eleganckie środki.
Prowadzimy intensywne rozmowy bezpośrednie z samorządowcami z całego Skalnego Podhala i powiatu nowotarskiego. Chcemy uświadomić lokalnym radnym, w jakie sidła są wciągani. Lobbujący za ustawą chcą przerzucić odpowiedzialność na gminy. Dotychczas procedury wywłaszczeniowe leżały na poziomie starostwa powiatowego. Tymczasem ten projekt po raz pierwszy zmusza rady gmin do podejmowania decyzji bezpośrednio uderzających w ich własnych mieszkańców. Samorządy będą konfrontowane z permanentnym konfliktem społecznym na linii: mieszkańcy - wielki biznes.
Doskonałym przykładem naszej skuteczności jest to, co wydarzyło się niedawno na sesji Rady Gminy Szaflary. Przyjechaliśmy tam bez zapowiedzi - 80-letnia pani prezes Józefa Chromik oraz ja. W planie obrad była rezolucja popierająca te zmiany legislacyjne, przygotowana na prośbę starosty nowotarskiego (prywatnie syna senatora Jana Hamerskiego). Po naszych wystąpieniach wójt Rafał Szkaradziński zaczął się tak plątać w swoich argumentach i mijać z prawdą, że radni sami zrozumieli powagę sytuacji. Stosunkiem głosów 14 do 0 zdjęli ten punkt z porządku obrad, decydując, że najpierw muszą rzetelnie przeanalizować dokument. To pokazuje, że merytoryczna dyskusja potrafi obnażyć kłamstwa lobbystów.
- Można rozumieć argumenty dotyczące obrony własności, ale muszę zapytać o drugą stronę medalu. Co z narciarzami? Maciejowa to było serce zimowej Rabki. Co Pan proponuje w zamian, aby te małe, lokalne wyciągi mogły w ogóle odżyć, skoro ustawa ma trafić do kosza?
- Proponuję powrót do sprawdzonych metod: rzetelnego dialogu, wzajemnego szacunku i uczciwości finansowej. Nie może być tak, że branża generująca dziesiątki milionów zysków zasłania się brakiem możliwości dogadania się, żądając od państwa darmowego bata na ludzi.
Jako narciarz-amator, który w 1987 roku zajął czwarte miejsce w mistrzostwach dzieci Rabki w slalomie pod okiem legendarnego trenera Marka Szarawarskiego, mam ogromny sentyment do Maciejowej. Nie chcę, by ta góra żyła tylko we wspomnieniach. Dlatego składam ofertę.
Proszę ułatwić nam kontakt z osobą, która rzekomo blokuje Maciejową. Deklaruję, że jako Federacja spotkamy się z nią. Chcemy wysłuchać jej wersji wydarzeń bez pośredników i bez presji biznesu. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że ta osoba - podobnie jak pani Bożena Gąsienica-Byrcyn - padła ofiarą bezwzględnej gry silniejszego podmiotu, o czym opinia publiczna nie ma pojęcia. Jeśli uda nam się porozmawiać, obiecuję, że w ciągu 12 miesięcy przedstawię konkretne, polubowne rozwiązanie tego problemu, oparte na wzajemnym szacunku i sprawiedliwym podziale zysków.
Deklaruję, że przyjadę do Rabki i pro bono pomogę w rozmowach ze wszystkimi drobnymi właścicielami gruntów wokół Maciejowej, którzy chcieliby oddać swoje ziemie pod rekreację, ale boją się oszustwa i wyzysku. Pokażmy, że można odbudować Maciejową na drodze porozumienia, tak jak budowano stacje na Podhalu ćwierć wieku temu.
Skontaktuj się z nami
+48 796 024 024
+48 18 52 11 355redakcja@podhale24.pl
m.me/portalpodhale24
Adres korespondencyjny
Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Informacje
Obserwuj nas



























Nadto niema w projekcie zakazu wyburzenia budynków czy płotów więc.....nikt z dorobkiem życia w pobliżu nie może czuć się bezpiecznie.
30 lat przymusowej dzierzawy to czasem całe zawodowe życie.
I wszystko by bogole byli jeszcze bogatsi.