
"Jako orędownik czaru podhalańskich kółek jestem zmuszony pochylić się nad problemem, z jakim borykamy się na co dzień, a z którym powołane do zapobiegania im instytucje sobie nie radzą albo do radzenia się nie kwapią"- pisze Jacek Sowa..
W najbliższą sobotę, na wertepach kamieńca nad jaśniejszym Dunajcem, stanie do rywalizacji blisko setka motocyklistów, a co najmniej drugie tyle stanowić będą obserwatorzy, trialowi entuzjaści. Wśród nich wielu posiadaczy terenowych pojazdów, skorych do przemieszczania się nimi po drogach i bezdrożach naszej okolicy.
O ile szaleństwo po bezdrożach i lasach to problem leśników, właścicieli prywatnych działek i obrońców przyrody, o tyle ich obecność na drogach i ścieżkach publicznych stanowi temat, a raczej problem służb do tego powołanych.
Wielce chwalebną jest inicjatywa podhalańskich policjantów od ruchu drogowego, aby przed ogólnopolskimi zawodami motocyklowymi przeprowadzić w terenie edukacyjną akcję prewencyjną. Pytanie tylko czy trafi to pod właściwy adres. Sportowcy wybierają na co dzień trasy treningowe znacznie bardziej wymagające niż leśne dukty, drogi publiczne czy ścieżki rowerowe, na których niemal każdego dnia na Podhalu i w okolicy dochodzi do incydentów, mrożących krew w żyłach.
Rafał Luberda, prezes AMK "Gorce", skądinąd utytułowany mistrz Polski w trialu i nadal czynny zawodnik, opowiedział o sytuacji, która niedawno omal nie skończyła się tragicznie na ścieżce rowerowej i to tuż pod nosem siedziby Powiatowej Komendy Policji.
Dwaj smarkacze, oczywiście niezidentyfikowani, bo zakuci w pełne kaski na wystarczająco mocnych, acz pozbawionych tablic rejestracyjnych motocyklach, na pełnym gazie urządzało sobie wyścigi wśród poruszających się tam rowerzystów, w większości dzieci. To jeden z wielu takich, mnożących się przykładów naszej motoryzacyjnej codzienności, pełnej ryczących "rajdowych" motorków, quadów czy stuningowanych wraków na czterech kołach. Za ich kierownicami głównie młodzi ludzie, którym imponuje ryk silnika pozbawionego tłumika, przebijający głos rozsądku w głowach pozbawionych rozumu. Zachodzi pytanie, jak te pojazdy przechodzą kontrole techniczne, dlaczego stróże prawa ignorują zagrożenie, które jest zaparkowane pod niejednym domem czy blokiem. Gdzie są rodzice tych smarkaczy, igrających z bezpieczeństwem normalnych ludzi ergo stanowiących zagrożenie dla ich życia czy zdrowia?
Pytań jest wiele, także do ustawodawców, mitrężących miesiącami czas na procedowanie rozsądnych przepisów prawa, bo te są kulawe, tak jak kulawe jest nasze państwo. Wykroczenia drogowe nadal są poza sferą prawnej przyzwoitości, a odpowiedzialność równa niemal zeru. Dość powiedzieć, że bezczelny szczeniak na motorze, zagrażający dziecku na ścieżce rowerowej (Prawo o ruchu drogowym, art. 2 pkt 5) może dostać co najwyżej mandat wysokości ...50,- złotych -sic! (art. 92 kw), a gdy ma ukończone 13 lat, to można mu nadmuchać. No, chyba, że wydmucha jeszcze jakieś promile, to wtedy można mu zabrać narzędzie czyli pojazd, ale nie czarujmy się, to mało prawdopodobne. Praktyka tu jest bardziej dziurawa i wyboista niż most w Ludźmierzu...
Wiem, że narażę się paru ludziom w mieście i okolicy, ale czas najwyższy zabrać się za bezmózgowców, zakutych w kokilki czy pudła ryczących po drogach i bezdrożach pojazdów. Policji, zwłaszcza w sezonie turystycznym (a trwa on już dłużej niż deszczowa pogoda w Zakopanem) jest tu za mało i guzik nas obchodzi ten stan rzeczy. Są ludzie, a w polityce zwłaszcza, którzy powinni o to zadbać, bardziej niż o swoje osoby; przykłady znamy na co dzień i tu się nic nie zmieniło. Pogadankami zbyt wiele tu nie poprawi, trzeba twardego działania, bo gdy przebierze się miara, znów ktoś będzie chciał wziąć sprawy w swoje ręce i powołać "straż obywatelską" i wtedy dopiero się zacznie! Strach pomyśleć....
Jacek Sowa