Tradycje pasterskie wciąż żywe. Przez Kluszkowce przeszedł uroczysty redyk

Kierdel owiec prowadzony przez juhasów, honielników, baców - braci Leśnickich zszedł z hal i dotarł do kosora przy ośrodku narciarskim. To już trzeci Pieniński Wypas Kulturowy, który uroczyście, bo przy wtórze skrzypiec, basów i góralskiego śpiewu, przeszedł w sobotę przez Kluszkowce. Po półrocznym wypasie owiec nastał czas na zasłużony odpoczynek i świętowanie.
Tym razem pod pieczą braci Leśnickich przebywało blisko dwa tysiące owiec. W stadzie zdecydowanie więcej było tych białych, na których baczenie miał jeden z braci. Te z czarną wełną stanowiły mniejszość. Wszystkie, jeszcze przed uroczystym pochodem, przemieszały się na pobliskiej hali tworząc zwarte stado. Potem, zgodnie ruszyły w stronę zatoczki, gdzie czekał na nie tłum zaciekawionych widzów.

Gdzie te owce?


Wydawać by się mogło, że pogoda nie będzie zachęcała do przyjścia na redyk. Raz z nieba polatywały krople deszczu, po czasie znów wschodziło słońce
- i tak właściwie przez cały dzień. Ludzie jednak przyszli. Przy domostwach stały całe, często wielopokoleniowe rodziny. Dla nich był to też czas na spotkanie i rozmowy z sąsiadami czy przyjaciółmi.

W gwarze można było z jednej strony wyłapać zdziwienie: "Co my łowiec nie widzieli?" - powiedziała jedna z przechodzących kobiet. Z drugiej nie brakowało zachwytu i zniecierpliwienia: "Gdzie te łowce, jus mieli wychodzić!" - oburzył się mały chłopiec.

W końcu na horyzoncie zjawiły się i owce. Z dziecięcym entuzjazmem przywitali je też turyści z różnych krańców Polski, którzy licznie utrwalali przemarsz na smartfonach. Jedną z takich osób była Monika ze Skarżyska-Kamiennej, która odwiedziła Kluszkowce razem z mężem.

- Nigdy wcześniej nie brałam udziału w takim widowisku, u nas czegoś takiego nigdy nie było. Widziałam dużo filmików z redyków w Internecie i mi się to bardzo spodobało. Powiedziałam mężowi, że musimy tutaj przyjechać. No i jesteśmy - wyjaśniała turystka z województwa świętokrzyskiego.

Owce u celu


Owce nie szły oczywiście same. Czasem zdarzało się, że któraś z nich zdecydowała się na inną ścieżkę, wtedy na właściwy tor nakierowywali je juhasi. Na przedzie pochodu jechały fasiągi przepełnione miejscową młodzieżą i zaproszonymi gośćmi. Za nimi szła kapela, ale też członkowie zespołów regionalnych. Nawet z oddali można było usłyszeć popularną śpiewkę - "Hej tam spod Tater". A na czele stada kroczyli bacowie, honielnicy i juhasi ubrani w stroje regionalne - podhalańskie lub spiskie. Ich kapelusze zdobiły nie pióra, a ususzone kwiatostany białej miesiącznicy.

Za nimi zgodnie kroczył kierdel owiec. Choć na całej trasie grała góralska muzyka, zdecydowanie donośniejsze były brzmienia dzwonków owczych. Po dostojnym przejściu owiec, do pochodu przyłączali się turyści. Wszyscy ruszyli w stronę wyciągu narciarskiego, gdzie miała miejsce oficjalna, ale też artystyczna część wydarzenia.

Niektórych taka forma osadu owiec nieco zdziwiła. Jeszcze do niedawana redyki kończyły się zwyczajnym odbiorem owiec od baców przez ich właścicieli. Teraz większości z tych wydarzeń towarzyszą występy artystyczne lub ogromne imprezy. Tak było i w Kluszkowcach.

- Za moich czasów czegoś takiego nie było. Szły redyki, ale nie było żadnych uroczystości, nie było imprez - wyjaśniła ze zdziwieniem inna z uczestniczek redyku.

Przy kosorze


Po dotarciu na miejsce juhasi zagnali owce do kosora, gdzie mogły spocząć i ze spokojem skubać trawę. Od czasu do czasu odwiedzali je turyści, po to żeby poznać zwierzęta, przyjrzeć się im i je pogłaskać. W tym czasie juhasi i bacowie rozpalili watrę, przy której świętowali na swój sposób - z odważnym śpiewem na ustach i trunkiem w dłoni.

W tym samym czasie scena zapełniła się gośćmi. Uznanie dla tradycji pasterstwa wyraziła wójt gminy Czorsztyn - Aneta Markus, przedstawiciele delegacji z gmin partnerskich i inni zaproszeni. Potem scenę opanowały dzieci z Dziecięcego Zespołu Regionalnego Lubań. Młodzi górale i góralki zaśpiewali, ale też zatańczyli dla licznej publiczności.

W sąsiedztwie sceny stanęły stoiska, w ramach których można było nabyć miód, lecznicze nalewki, zioła czy obrazy z owcami na pierwszym planie. Nieco dalej wyrazistym zapachem wypieków i regionalnych specjałów kusiły Koła Gospodyń Wiejskich z terenu gminy Czorsztyn. Można było nabyć moskole, korboce czy chleb ze smalcem. Oprócz tego też różnorakie ciasta.

Juhasów coraz mniej


Zwyczaje pasterskie na Podhalu, w Pieninach i w Gorcach są wciąż żywotne. Jednak rąk do pracy z roku na rok ubywa - juhasów jest coraz mniej. Jak wiadomo, aby zostać bacą czy juhasem nie wystarczy tylko doświadczenie - trzeba przejść jeszcze kurs, który zakończony jest egzaminem. W Kluszkowcach, w ramach Pienińskiego Wypasu Kulturowego, można było zaznać pracy juhasa w praktyce. Co prawda nie był to wydój owcy, a krowy. W konkursie, nad którym czuwali "Tatrzańskie Zbóje" rywalizowali mężczyźni i kobiety spoza Podhala. Liczyła się oczywiście ilość zebranego mleka.

Potem, to co działo się na scenie, znów przeniosło widzów do krainy folkloru. Najpierw zaprezentował się Zespół Lubań z Kluszkowiec, a potem zaśpiewał Chór Polskiego Stowarzyszenia Flisaków Pienińskich na Dunajcu.
Wieczór zwieńczył występ zespołu "Brathanki", a na koniec publiczność rozgrzał zespół "Po zbóju".
Izabela Pudzisz

copyright 2007 podhale24.plData publikacji: 19.10.2025 16:14