
FELIETON. "Ponoć w wigilijny wieczór różne stworzenia mówią ludzkim głosem, co i niektórym ludziom też by się przydało..." - pisze dziennikarz i publicysta Jacek Sowa.
Medialna przestrzeń, skoncentrowana na naszej ulubionej dyscyplinie - skokach narciarskich, wypełniła się ostatnio hejtem, skierowanym w osobę jednego z najlepszych skoczków wszechczasów, Kamila Stocha.
Orzeł z Zębu przeżywa trudne chwile w okresie, który ma zwieńczyć jego piękną drogę sportową. 38-letni zawodnik, którego skalę sukcesów można porównać jedynie do osiągnięć innego, wiślańskiego orła Adama Małysza, jest nadal czołowym skoczkiem w kadrze, której praktycznie nie ma. Mocarstwowe zapędy naszych działaczy narciarskich, którzy nie spóźniają odbicia na progu w salach PZN, nie znajdują odbicia na progach skoczni, na które większość z nich nie miałaby odwagi się wspiąć. Leją nas Austriacy i Niemcy, przeskakują Japończycy i Słoweńcy, a przed naszymi mistrzami plasują się już Kazachowie, Francuzi, czekać tylko jeszcze na Turków i Chińczyków. O indywidualnych ewenementach jak Estończyk Artti Aigro czy Władek Zografski z Bałkanów nie wspomnę, ten pierwszy trenuje z zawsze dobrymi Norwegami, Bułgara od lat z powodzeniem prowadzi Grzesiek Sobczyk, pod okiem Austriaka, z którym naszym działaczom było nie po drodze. Zostało nam jeszcze bliskie towarzystwo Finów, których klimat dla skoków jest podobny do pogody w Ruce, gdzie i tak większość kibiców pod skocznią stanowią Polacy...
Wróćmy jednak do Kamila Stocha. Ten zasłużony zawodnik postanowił godnie zakończyć karierę udziałem w Czterech Skoczniach i Igrzyskach Olimpijskich, na których to imprezach osiągał wspaniałe sukcesy. Jednak sportowiec, który podchodzi pod czterdziestkę, musi liczyć się z coraz większymi wyzwaniami, jakimi jest wiek i motoryka. Wiedzą coś na ten temat zarówno Robert Lewandowski jak i Tadeusz Błażusiak, którym kontuzje chwiały karierą i sensem dalszej sportowej walki.
Kamilowi w latach chwały panowie z sitkiem w ręku pili z dziubka, żebrząc o pamiątkowy długopis; dziś grillują sportowca za to, że nie wymyśla niestworzonych rzeczy, które można puścić w eter komercyjnych stacji i zarobić na dietę liczoną w euro. Stoch w wywiadach mówi to, co czuje, ale robi to z dużą kulturą i dystansem do siebie. I nie zawsze to, co jego upierdliwi interlokutorzy chcieliby usłyszeć...
Z premedytacją nie używam określenia "dziennikarze", bo na takie miano pracuje się latami. Goniący po wybiegach panowie (i panie także) czy gadające głowy w studiach, to w większości ludzie, którzy na takie określenie nie zasługują. Są to co najwyżej pracownicy mediów, często wygadani, ba, wyszczekani, szukający sensacji i drugiego dna.
"Bad news is good news" - to dewiza, która przyświeca większości komentatorów. Skoczek, mówiący o błędzie podczas lotu, nie jest w swej wypowiedzi atrakcyjny, pan "redaktor" wolałby pewnie usłyszeć, że Stochowi nad bulą wpadła do buzi mucha. Bo tak powiedziałby Piotrek Żyła...
Nasz utytułowany Orzeł z Zębu, podobnie jak Dawid Kubacki czy Piotr Żyła zasługują na szacunek i mają prawo do zmęczenia po tylu sezonach ciężkiej pracy i wysiłku. Po latach bez świąt w domu i hektolitrach potu, wylanego na treningach i zawodach, żaden smarkacz nie jest uprzywilejowany, aby mu to prawo odbierać. Jednak te zachowania wypracowano w nich w powszechnie stosowanym wyścigu szczurów w medialnych korporacjach. Polowanie na sensacje zastąpiło obiektywizm, a język przez nich stosowany często trudno uznać za salonowy. Komercjalizacja mediów spowodowała brutalizację ich funkcjonowania, a urodzajnym podłożem stały się obok sal obrad, także areny sportowe. Najgorsza jest przy tym bezkarność ludzi maluczkich uprawiających takie dziennikarskie rzemiosło, które rodzi naganne postawy. Skutki widać w codziennych doniesieniach nie tylko ze świata polityki, ale też z ulicy, sal sądowych i urzędowych gabinetów.
Na przykładzie Kamila Stocha można się przekonać, jak daleko potrafi zabrnąć głupota i niekompetencja. Gdyby posadzić tych redaktorków na belce startowej Krokwi, pewnie na zeskoku ich obfajdany kombinezon nie przeszedłby kontroli technicznej. Dlatego Orle z Zębu, najwyżej położonej miejscowości w Polsce, patrz na to z góry i ciesz się krótką chwilą w swym góralskim domu, pewnie jeszcze nieraz fajnie polecisz nad bulą, zanim komentatorzy wraz ze swą głupotą nie odlecą za daleko...
P.S. Pozdrawiamy naszego prawdziwego dziennikarza, Stanisława Snopka!
Wesołych Świąt!
Jacek Sowa