
Gubałówka przeżywa prawdziwy najazd turystów. Magiczna, zimowa aura i panorama Tatr przyciągają tysiące osób, ale za piękne widoki trzeba zapłacić wysoką cenę - długim oczekiwaniem. Tłok i zniecierpliwienie tradycyjnie już starają się wykorzystać "cwaniaczki", oferujący płatne skróty do wagonika.
Choć pod Tatrami mróz trzyma, pogoda w te święta wręcz rozpieszcza. Śnieżna pierzynka przykryła Zakopane, a ze szczytu Gubałówki rozpościera się widok jak z bajki: ośnieżony Giewont, Czerwone Wierchy i Świnica częściowo skryta w chmurach. To sprawiło, że kolej linowo-terenowa pracuje na najwyższych obrotach.
Kolejka do dolnej stacji wylewa się na deptak, a na górze ogon oczekujących na zjazd ciągnie się przez kilkadziesiąt metrów. Czas oczekiwania wydłuża się, co dla wielu rodzin z dziećmi staje się prawdziwą próbą charakteru.
"Bilet od ręki" i handel miejscami
Tam, gdzie pojawia się tłum i frustracja, natychmiast pojawiają się też osoby szukające szybkiego, nieuczciwego zarobku. Pomiędzy turystami krążą "pośrednicy", którzy oferują sprzedaż miejsca bliżej wejścia do wagonika lub odsprzedaż wcześniej zakupionych biletów.
To stały proceder. Podchodzą i szepczą, że za 50 czy 100 złotych można "wskoczyć" do przodu albo odkupić bilet bez stania w kolejce do kas.
Problem polega na tym, że oferowane bilety to często wejściówki ulgowe - przeznaczone dla uczniów lub osób niepełnosprawnych. Nieświadomy kupujący, po zapłaceniu "handlarzowi", zostaje zatrzymany na bramkach. efekcie traci pieniądze i czas, bo musi wrócić na koniec kolejki.
em/s