Jerzy Marszałek - Obywatel Miasta

Minęło trzydzieści lat od śmierci nowotarżanina, którego życiorys pisany był nauką i pracą, ale też cierpieniem i wyrzeczeniami.
Jerzy Marszałek urodził się w Nowym Targu 11 maja 1922 roku jako syn Stanisława, miejskiego urzędnika i Marii Góralównej, właścicielki składu przy ulicy Waksmundzkiej. Chłopiec od samego początku odznaczał się bystrością i ciekawością do otaczającego świata co sprawiło, że do pierwszej klasy chodził niedługo; przeniesiono go o rok wyżej, gdzie kontynuował edukację w towarzystwie swojej starszej siostry Krystyny, późniejszej bratowej naszego artysty Józefa Mroszczaka. Nie był to łatwy czas, gdyż w 1929 roku ojciec postanowił wybrać się do Ameryki, aby z niewiadomych powodów wylądować w ...Brazylii, skąd już nie wrócił. Kolejnym ciosem była kilka lat później śmierć matki; Jurek pozostał na utrzymaniu babci Antoniny i ciotki Józki.

Brak rodzicielskiej ręki sprawiał, że chłopak lubił chodzić swoimi ścieżkami, co wyrobiło w nim poczucie niezależności. Nauka przychodziła mu z ogromną łatwością, co żądnemu wiedzy młodzieńcowi nie zawsze wychodziło na dobre w relacjach z nauczycielami w nowotarskim Gimnazjum. Lekcje religii czy prac ręcznych uznawał za stratę czasu, w którym ciekawiej było wagarować na Bałęzowem czy pod Samorodami.

Poskutkowało to odpowiednimi stopniami na cenzurce i wilczym biletem ze szkoły przy placu Krasińskiego. Za sprawą rodziny, kilkunastoletni młodzian wylądował u bielskich Salezjanów, gdzie obok ogólnokształcącej nauki liznął podstaw geodezji. Być może ta techniczna wiedza uratowała mu potem życie...


Koniec wakacji wraz z wybuchem wojny w 1939 roku zastał 17-latka w Nowym Targu, gdzie ku rozpaczy rodziny, jako ochotnik zgłosił się do wojska, zatajając swój wiek. Został wcielony do Kompanii Obrony Narodowej w Nowym Targu, podlegającej batalionowi Korpusu Ochrony Granicznej, który operował w okolicach Jordanowa i Limanowej. Po krótkiej kampanii wrześniowej wrócił do domu z pamiątką na plecach po ranie zadanej odłamkiem niemieckiego szrapnela i zatrudnił się na kolei. Nowotarska stacja PKP była łakomym kąskiem informacyjnym dla miejscowej komórki Związku Walki Zbrojnej, do szeregów której Jerzy Marszałek wstąpił w 1941 roku.

Już jako członek AK brał udział w akcjach sabotażowych, z których jedna, podpalenie budynku Arbeitsamtu, zakończyła się aresztowaniem. 16 września 1943 roku Marszałek trafił do zakopiańskiej katowni Palace i do Krakowa na Montelupich. Blisko rok trwała wędrówka między tymi dwoma ponurymi miejscami, związana z przesłuchaniami i konfrontacjami, jednak torturowany więzień nie dał oprawcom powodów do satysfakcji.

Zakończony niepowodzeniem zamach na Wilhelma Koppego, wysokiego rangą nazistowskiego funkcjonariusza w Generalnym Gubernatorstwie z użyciem oddziału warszawskiego "Parasol" w dniu 11 lipca 1944 r. w Krakowie, okupiony został stratami wśród zamachowców, których kilku ujęto podczas obławy pod Wolbromiem. AK-owcy trafili na Montelupich, a osadzony tam Marszałek był niemal naocznym świadkiem ich likwidacji, biorąc udział w wynoszeniu zabitych z dziedzińca. Zdarzenie to opublikował już wiele lat po wojnie w "Gazecie Krakowskiej", jako suplement do książki Piotra Stachiewicza p.t."Akcja Koppe".
Represje i akcje pacyfikacyjne spowodowały wywózkę zdolnych do pracy więźniów do hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Jerzy trafił do transportu z Płaszowa do obozu pracy w Gross Rosen na Dolnym Śląsku (dzisiejsza Rogoźnica).


Niewątpliwie ta destynacja (a nie np. Auschwitz) była spowodowana jego kwalifikacjami i znajomością języka niemieckiego. W obozie wytatuowano mu numer 7836 i skierowano do pracy w małym komando Steinbruchbiuro, zajmujące się logistyką pozyskiwania budulca z okolicznych kamieniołomów.



Przetrwał tam w miarę cało do lutego 1945 roku, choć warunki obozowe, a zwłaszcza głód i robactwo, każdego dnia rodziły niebezpieczeństwo oberwania knutem od kapo; karano nawet za źle napisaną kartkę do rodziny.


W obliczu nadciągającego frontu zapadła decyzja o ewakuacji obozu. W dramatycznych okolicznościach przeżył ten czas w dosłownym tego znaczeniu, wobec gwałtownej niewydolności żołądkowej, spowodowanej pokarmowym zatruciem bakteryjnym. Niezdolność więźnia do transportu była jednoznaczna z jego likwidacją. Jurek, powszechnie lubiany z racji swej empatii i koleżeńskości, został ukryty na dachu (sic!) baraku i na barkach współwięźniów umieszczony w wagonie ostatniego obozowego transportu do AL Leitmeritz (czeskie Litomierzyce przy ujściu Łaby). Tam, zaopatrzony w nowy numer 87893, przebywał do wyzwolenia obozu.



Te kilka miesięcy, spędzonych w cuchnących stajniach, przerobionych na baraki mieszkalne z kilkupiętrowymi pryczami do spania, były już wegetacyjnym czekaniem na aliantów, w chaosie i poczuciu niepewności jutra. Wtedy to Jerzy spotkał tam profesora Mieczysława Michałowicza z Warszawy, doktora Ludwika Fischera, późniejszego dyrektora Sanatorium im. Chałubińskiego w Zakopanem czy aktora Wojciecha Dzieduszyckiego.


W maju 1945 roku wrócił do kraju, do domu w Nowym Targu; ważył wtedy 38 kg! Podjął pracę i uzupełniał wykształcenie, zdał maturę i aplikował na studia politechniczne, na które się jednak nie dostał. Przeszłość obozowa pomogła mu w dostaniu się na Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie na pierwszy rok zapisało się ponad 2000 studentów. Jednak przy rygorze egzaminacyjnym tej szacownej uczelni, większość wykruszyła się już po pierwszej sesji. Marszałek z godna podziwu determinacją ukończył studia prawnicze bez zacięć, choć łatwo nie było, często zdając w jednym dniu kilka egzaminów.

Dawne przyzwyczajenia sprawiły, że cały okres swej aktywności zawodowej przepracował w branży budowlanej, a jego specjalnością były kosztorysy, w których w Nowym Targu był obok inżyniera Mieczysława Nenki największym fachowcem. O jego pracę zabiegali dyrektorzy biur projektowych, firm budowlanych (inż. Tadeusz Jędrysko) czy komunalnych (inż. Józef Buńda).



W tamtych latach funkcjonował obowiązek nakazów pracy dla młodych ludzi, toteż gdy pewnego dnia w biurze Jerzego zjawiła się młoda stażystka z Krakowa, mgr Marszałek przepadł bez reszty. W krakowskiej rodzinie narzeczonej nie brakowało duchownych i strażaków, toteż 30 lipca 1955 roku młodzi wzięli ślub w kaplicy ...na Wawelu, aby razem przeżyć 33 lata. Podstępna choroba zabrała ze sobą sympatyczną panią Jadzię, znaną zza lady sklepu Cepelii przy nowotarskim Rynku gdy miała zaledwie 56 lat.


Jerzy Marszałek w swym zawodzie stronił od nierzetelności i przekrętów, co nie przekładało się na zbyt dostatnie życie; często służył radą i pomocą całkiem bezinteresownie; to zjednywało mu wielu przyjaciół. Chętnie angażowano go do pracy społecznej w radach pracowniczych i terenowym samorządzie, często korzystano ze znajomości języka niemieckiego przy okazji wizyt delegacji z NRD, jednak z daleka trzymał się od świata polityki. Tę pozostawiał w swojej sferze prywatnej, a że znany był z sarkazmu i ciętego języka, wiele jego powiedzonek krążyło obiegowo w gronie najbliższych znajomych. Jego przeszłość okupacyjna dawała mu legitymację do polemiki z ówczesnymi demagogami, czego dowodem była m.in. reakcja na kontrowersyjną publikację w "Przekroju" pt. "Strzały w więzieniu", dotyczącą okupacyjnego buntu w więzieniu przy Montelupich. Korespondował z dawnymi kolegami z obozu, udało im się nawet spotkać po latach.


Jerzy Marszałek przez wiele lat toczył korespondencyjną batalię z urzędnikami z ZUS-u i ZBOWiD-u, udowadniając rzeczy oczywiste dla zwykłego śmiertelnika, ale nie dla bezdusznych biurokratów.


Liczne odznaczenia nie przekładały się na wysokość emerytury czy renty kombatanckiej. Medal Zwycięstwa i Wolności lub zaledwie Srebrny Krzyż Zasługi nie rekompensował utraty zdrowia w hitlerowskich kaźniach. Marszałek był namiętnym palaczem, więc przyznanie mu Odznaki Grunwaldu skwitował z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru: - "Tu mnie docenili!"; pan Jerzy palił grunwaldy...


Odznaczony Złotą Odznaką Zasługi dla Miasta Nowego Targu był przykładem bezinteresownego patriotyzmu zarówno podczas wojny, jak i potem, w latach spędzonych na pracy w tle wojennej traumy.

Odskocznią były zawsze chwile, spędzone na górskich wędrówkach i w gorczańskich bacówkach w gronie znajomych; latem przy ognisku czy grzybobraniu, zimą przy brydżu czy na nartach.


Po śmierci żony musiał zapełnić rodzinną pustkę, miał w tym wsparcie dwójki dorosłych już dzieci; córki Barbary, do dziś cenionej lekarki stomatolog z Ośrodka Zdrowia w Ludźmierzu oraz syna Krzysztofa, ratownika medycznego w nowotarskim SOR i trójki wnuków.
Przedstawiciel tamtej niezapomnianej, apolitycznej i szanowanej nowotarskiej społeczności, zmarł 3 stycznia 1996 roku, miał niespełna 74 lata. Jerzy Marszałek był Ważnym Obywatelem Miasta Nowego Targu.

opr. Jacek Sowa, zdj. z archiwum Barbary Marszałek

copyright 2007 podhale24.plData publikacji: 03.01.2026 11:00