
FELIETON. "Pendolino pojawiło się na Podhalu równie niespodziewanie, jak pindolo na sesji rady Miasta. Dlatego na przyszłość dobrze będzie mieć pod ręką karetkę, gdyby ktoś zemdlał na sali obrad i znowu sesja się opóźni jak ten pociąg" - pisze dziennikarz Jacek Sowa.
Zimowa aura nie sprzyja podróżom, ale gdy człowiek musi… Podróż z zakorkowanego Podhala z resztą świata od dawna jest wyzwaniem, zwłaszcza w czasie ferii, zawsze też pojawia się dylemat wyboru środka lokomocji.
Gdy mroźny styczeń spowija miasto, a prognozy nie są zbyt zachęcające, wybór sposobu podroży do stolicy padł na kolej żelazną, która choć od wieku modernizowana, wciąż ma pod górę w relacjach z górami Tatrami.
Będąc z założenia optymistą wybrałem wariant najszybszy (ale też i najdroższy!), poniekąd luksusowy, a jakże! Można się domyślić, że chodzi o torowy hit sprzed lat dwudziestu, Pendolino Azurri, którego kaczy dziób nadal zachwyca prowincjonalnych wycieczkowiczów, choć przynajmniej trzy nasze rodzime fabryki oferują sprzęt już znacznie bardziej zaawansowany.
Ale nie wybrzydzając, nabyłem drogą internetowego kupna ulgowy (bo taki z racji życiowych doświadczeń już mi się należy!) bilet za jedyne 180 złotych, uprawniający do przemieszczania się ze stolicy Podhala do stolicy Polski w 4 godziny i 11 minut. Wynik imponujący, jakiego nawet latem nie wycisnąłbym z mojej hybrydy bez obawy utraty prawa jazdy!
Na zabytkowym, zrewitalizowanym dworcu nowotarskim, stawiłem się karnie pół godziny przed przyjazdem składu włoskiej techniki kolejowej, który jeszcze stał na peronie w Zakopcu, mając w planie dotrzeć tu na 9:10. W schludnej poczekalni czekało kilku małolatów z nosami utkwionymi w smartfonach i paru dorosłych, pilnie studiujących rozkłady jazdy i wydawnictwa, prezentujące uroki Podhala i okolicy. Niektórzy zdążyli skorzystać z czynnej już obok Cafe Bike Stop, reklamującej kawę i zupę, sam zaś postanowiłem skorzystać z miejscowej toalety, znając higieniczne standardy tych PKP-owskich, bez względu na relacje i przewoźnika. Nie ma się u nas czego wstydzić, czego dowodem są przejrzyste okna vis a vis pisuarów. W tej muzealnej strefie znalazło się miejsce i dla ekshibicjonistów…
W pogodnym nastroju podążyłem na peron, nie ryzykując przemieszczania się dworcowymi windami, które o dziwo, były czynne. O „planowej” godzinie nad stacją zachrypiały megafony, ogłaszające 15-minutowe opóźnienie, owego nad morze podążającego ekspresu, za co przeprosili… Jak się potem okazało, powodem opóźnienia było omdlenie pasażerki na widok kaczego dziobu pendolino i czekając na karetkę starano się jej wytłumaczyć, że takie pociągi też tu jeżdżą.
Póki co, nieśmiało dotąd przebijające przez chmurki słońce postanowiło nie marznąć na 10-ciostopniowym mrozie, zostawiając na nim sporą garstkę podróżnych, w tym smartfonowych małolatów, czekających na regionalny z Rabki do Zakopanego. Ale ten też nie dojechał do stacji i utknąwszy kilkanaście metrów przed peronem zablokował wyjazd ze stacji. A o pendolino ani widu ani słychu; megafony milczały.
Minęło pół godziny, małolatom zaczęły padać komórki, a dorosłym puszczać nerwy. Instynkt gromadny nakazał zebranie bieżącej informacji na temat, okazało się więc, że przy obsuwie pendolino pod Tatrami, nowotarski dyżurny skierował regio na niewłaściwy tor, nastąpiło przepięcie na drutach i tylko dzięki stacjonującemu w Nowym Targu zespołowi trakcyjnemu, uniknięto poważniejszego zatoru na torach. Regio przemieścił się o brakujący kawałek, maszynista zrobił selfie na alibi, a na sąsiedni tor wjechało pendolino.
Zatłoczony wagon (bo tuż koło bufetu!) powitał mnie sonatą Chopina, co tchnęło kolejną dozą optymizmu, gdyż trzy kwadranse opóźnienia to pikuś na dalszej, miejmy nadzieję bezawaryjnej, trasie. Jednak wiadomo, czyją matką jest nadzieja; w Krakowie było już ponad godzinę w plecy…
Za Słomnikami dostałem na pocieszenie wafelek pod nazwą …Nagie Góralki i zieloną herbatę, która pozwoliła na uspokojenie kolejowych emocji. Na Centralnym w pendolino żegnała mnie z uśmiechem emerytka dumnym napisem na plecach: Dbam o czystość w Inter City; zacząłem nawet wypatrywać czerwonego dywanu…
U nas na Krzywej można by zadbać o czystość naszych języków, bo pendolino pojawiło się na Podhalu równie niespodziewanie, jak pindolo na sesji rady Miasta. Dlatego na przyszłość dobrze będzie mieć pod ręką karetkę, gdyby ktoś zemdlał na sali obrad i znowu sesja się opóźni jak ten pociąg. I kto wtedy zaproponuje zieloną herbatę i nagie góralki…
Z kolejowym pozdrowieniem Jacek Sowa