Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Różowe wiedźmy"

Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Różowe wiedźmy".
Moje Podróże Autobusikiem_ Różowe wiedźmy/Fantastico Chico Blanco/


Codziennie rano na przystanku odbywa się cichy spektakl obyczajowy. Zazwyczaj jest ich troje. Stały skład jak w kiepskim tureckim serialu. Młody mężczyzna, który zna naszego bohatera z widzenia, ale słowo na powitanie, chociażby jakieś zdawkowe dzień dobry traktuje jak poufne hasło do sejfu. Chociaż trzeba mu przyznać, że raz się ukłonił, pewnie wydarzyło się coś w jego życiu, co na moment zmieniło mu tryb. Jest też dojrzała pani o kasztanowych włosach i czerwonych paznokciach. Uśmiecha się szeroko, kłania wszystkim lekko, jakby wciąż wierzyła, że świat jest miejscem, gdzie ludzie nie mijają się wyłącznie barkami. I jest wreszcie nasz bohater, statysta w tym teatrze codzienności, wychowany na drobnych gestach, które kiedyś nazywano kulturą współżycia, a dziś uchodzą za fanaberię skrzętnych ludzi bez słuchawek w uszach. Chociaż warto w tym miejscu zauważyć, że nasz też bohater również nie stroni od słuchawek.

Nasz bohater nie domaga się jakiegoś entuzjastycznego dzień dobry z fanfarami. W tłumie nikt nikomu nie musi nic mówić. Anonimowość wręcz bywa ulgą, zwłaszcza o szóstej rano, gdy twarz człowieka jest jeszcze w trybie roboczym. Ale gdy przez kilka miesięcy w roku stoisz na przystanku obok tego samego typka z tej samej grupy etnicznej, który przychodzi później niż ty, jedno skinienie głową nie wywołałoby eksplozji jądrowej. No ale ignorowanie jest też jakimś komunikatem. Mówi mniej więcej: "widzę cię, ale udaję, że jesteś wyposażeniem przystanku i uważam tylko, żeby się z tobą nie zderzyć". Z punktu widzenia dawnych podręczników savoir-vivre?u można uznać, że ten model zachowania jest niezbyt grzeczny. Zaś punktu widzenia współczesności, to klasyczny model z wmontowaną fabrycznie obojętnością. Nasz bohater nie potępia zachowania młodziana, czyni jedynie spostrzeżenie.

Autobus jedzie zwykle już wypchany po brzegi. Na przystanku wsiada do niego osobnik dojrzały, siwiejący, bardziej hipis pozujący na hipstera niż hipster, z plecakiem wielkości starego telewizora i kijami trekkingowymi sterczącymi jak anteny odbioru kosmicznych sygnałów oraz wleczącą się za nim o dekadę młodszą partnerką. Aż dziw, że nie wiezie jej swoją wypasioną bryką. Pyta kierowcę o "Butorowo", łamiąc nazwę z taką swobodą, jakby język polski był dla niego dialektem wymarłym. Plecaka nie zdejmuje, bo przecież to nie jest plecak, to przedłużenie jego osobowości. Przepycha się w głąb pojazdu, obracając się jak wiatrak w wąskim korytarzu, okładając siedzących kijkami i bagażem. Gdy miła pani z kasztanowymi włosami, właścicielka czerwonych paznokci westchnie, bardziej z troski o własną czaszkę niż z kaprysu, zostaje przez hipisa zrugana. "Może pani sobie fukać, ile chce". Fukanie to najwyraźniej sport dla słabszych. Oto statystyczny dojrzały obywatel naszego cudownego kraju błysnął intelektem i brakiem kultury, mistrz asertywności przestrzennej. Widać, że jego hamulce społeczne działają, jak zardzewiała taczka, niby są, ale nie hamują. Empatia ma u niego grubość soli na krakowskim obwarzanku. Korytarz autobusu jest dla niego prywatnym szlakiem trekkingowym, pasażerowie ruchomymi przeszkodami a uprzejmość pojęciem tak egzotycznym, jak waran nilowy. Dojrzały wiekiem, niedojrzały kulturowo. Król szlaku miejskiego. Aż strach pomyśleć, jak zachowuje się w górach, gdzie przeszkody bywają twardsze. I takich typków jest w Zakopanem pełno.

Kiedyś, nie wiedzieć czemu naszemu bohaterowi przyszło do głowy porównanie lokalnej komunikacji do komunikacji w Bangladeszu, nigdy tam nie przecież był. No i tak sobie pomyślał, może i tabor u nas lepszy, ale reszta skrajnie do kitu. W tym miejscu za te wyobrażenia, tak z ostrożności warto przeprosić Bangladesz. Komunikacja publiczna na Podhalu, no może z wyłączeniem komunikacji miejskiej, bo to odrębna historia, działa jak loteria. Przed słynną pandemią było o niebo lepiej, były stałe linie i linie z gatunku "jak się uda" i zawsze coś dało się złapać. Dziś została jedna lokalna linia w kolorze dojrzałego sera, startująca z przystanku widma, kursująca według zasady, "jak się zapełni, to pojedzie, jak nie, to nie". Jeśli na drodze jest korek a w busie są pustki, kurs najzwyczajniej w świecie nie odbywa się. Logika i mamona, albo mamona i logika. Przewoźnik liczy straty, a pasażer minuty życia. Natomiast autobusy z Krakowa do Zakopanego kursują w obu kierunkach i jeżdżą stosunkowo często. W praktyce jednak potrafią zniknąć z rozkładu jazdy bez słowa, a jak już jadą, ich punktualność przypomina czasy, w których ludzie mierzyli czas po cieniu na ścianie. Pociągi? Też specyficzna atrakcja. Albo się spóźni, a jak już uda się i przyjedzie punktualnie, stanie w pół trasy, bo musi przepuścić wszystkie ważniejsze pociągi świata, ponieważ ten twój jest z tej najniższej półki w kolejowej hierarchii, takiej, gdzie bilet jest wprawdzie tani, ale cierpliwość wpisana jest na stałe w rozkład jazdy.

Kiedyś był bareizm, absurd systemu, który udawał, że działa. Śmialiśmy się, bo śmiech był formą samoobrony. Dziś mamy nowy rodzaj absurdu, mniej śmieszny i bardziej nerwowy. Systemy już nawet nie udają, że grają według ustalonych odgórnie reguł. Na szczęście doświadczenia z dawnych lat pomagają w podróżowaniu. Wiesz, że trzeba mieć plan B, C no i termos. Ale czasami to za mało. Trzeba nauczyć się nowych sztuczek, śledzenia niepodawanych oficjalnie informacji, czytania z ilości oraz zachowania podróżnych, intuicyjnego tańca pod rozkładem jazdy, bo komunikaty dla nomadów, jeśli w ogóle brzmią, są niemal tak czytelne jak w "Misiu".

W efekcie, żeby dojechać na czas do pracy czy szkoły, najlepiej wsiąść we własny środek lokomocji. I tu zaczyna się moralny ping-pong. Jedni apelują o mniej aut, inni o ekologię, jeszcze inni o zdrowy rozsądek. Tylko że rozsądek nie dojedzie na czas, jeśli autobus postanowi nie przyjechać, a pociąg zatrzyma się na nie wiadomo jak długą medytację między stacjami. Publiczna komunikacja bez realnego wsparcia finansowego i rozsądnej koordynacji jest jak różowe wiedźmy z bajki, które niby czarują, ale zaklęcia nie działają.

Mając na względzie to wszystko wniosek niestety jest tak skromny, jak przystanek na peryferiach. Kultura zaczyna się od drobiazgów. Od "dzień dobry", od zdjętego plecaka, od informacji, że kurs się nie odbędzie. Bez tych drobiazgów nawet najlepsze rozkłady jazdy będą tylko literaturą fantastyczną. A my, pasażerowie, stoimy na przystanku jak bohaterowie powieści drogi, tylko że droga coraz częściej prowadzi donikąd.

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.

***

copyright 2007 podhale24.plData publikacji: 03.03.2026 07:54