Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Wiara oznacza śmierć rozumu"

Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Wiara oznacza śmierć rozumu".
Nokaut _ Wiara oznacza śmierć rozumu
/Fantastico Chico Blanco/

Zapach zawilgoconego i stęchłego tynku mieszał się w domu Atanazego z wonią zjełczałego tłuszczu i lekko nadpsutej wołowiny. Właściciel lokalnej ubojni, człowiek o nienagannych manierach i elastycznym sumieniu, zapinał właśnie mankiety odświętnej, białej jak śnieg koszuli. Jeszcze kilka godzin wcześniej, niemal przy świetle księżyca, zręcznie odkrawał sine fragmenty z padłej krowy. Teraz wygładzał materiał koszuli z nabożną starannością. Obok przed lustrem stała Dionizja, poprawiała plisowaną spódnicę i skrapiała się drogimi perfumami, jakby Atkinsons mógł wygrać z aromatem zgniłej moralności.

- Weź jakąś grubszą gotówkę - rzuciła. - Po tym nocnym transporcie jesteśmy mocno do przodu. Trzeba błysnąć klasą.

Atanazy skinął głową z nabożnym zachwytem odkrywcy, który właśnie posiadł absolutną mądrość. Genialny plan, nocą doić frajerów, a za dnia lśnić w blasku chwały. Prawdziwie bogobojny Polak to przecież tytan elastyczności. W nocy odwali brudną robotę, a o poranku, z nieskazitelnie czystym sumieniem, dumnie zasili pierwszy rząd w kościele, prezentując nienaganną postawę żywcem wyciętą z katalogu cnót wszelakich. Ta niezłomna wiara we własne prawo do luksusu działa lepiej niż drogie alkohole i gasi resztki rozumu w ułamku sekundy.

Po południu dom powitał ich sielską atmosferą. Na stole parował gorący rosół, pachniała pieczeń, a wszystko to podano na szlachetnej porcelanie, bezczelnie wydartej ludziom cierpiącym na tak kosztowne wady jak skrupuły czy brak gotówki. Do tej idylli raczył dosiąść się kuzyn, człowiek dotknięty skrajnie niepraktyczną i irytującą przypadłością zwaną myśleniem. Całości dopełniała usługująca im Katarzyna, która powinna przecież dziękować Bogu i wszystkim świętym za rzadki przywilej pracy przez siedem dni w tygodniu, po dwanaście godzin na dobę, z symboliczną pensją łaskawie wypłacaną pod stołem.

- Atanazy, a sumienie cię nie uwiera? Widziałem te sine krowy - zagadał bez ogródek kuzyn.

Dionizja odłożyła widelec z brzdękiem godnym obrażonej arystokratki. Kuzyn nie dość, że bezczelnie wprosił się na darmowy obiad, to jeszcze bez pytania pchał nos w nie swoje sprawy.

- Ty nic nie rozumiesz z ekonomii społecznej - syknęła. - My się po prostu dostosowujemy do popytu.
- Świat jest tragedią dla tych, którzy myślą - dodał Atanazy z miną godną filozofa, wycierając usta jedwabną serwetką. - Dlatego my po prostu działamy.

Wieczorem dotarli kolejni goście: mecenas oraz lokalny radny z małżonką. Jeszcze kilka godzin wcześniej, tuż po mszy świętej, wszyscy oni wymieniali ceremonialne ukłony podczas patriotyczno-religijnego spędu. Teraz siedzieli ramię w ramię przy stole, szczerze zachwyceni pieczenią i własną, nieskazitelną przyzwoitością.

- Wasz dom to oaza tradycyjnych wartości - westchnął radny, mlaszcząc z uznaniem.

Atanazy uśmiechnął się pod wąsem. Jego błyskotliwa, acz powierzchowna inteligencja znów bezbłędnie reżyserowała rzeczywistość. Sielankę przerwał mecenas, który nagle wyciągnął coś z ust i uniósł to z obrzydzeniem w stronę światła.

- Atanazy..., dlaczego w pieczeni jest kolczyk identyfikacyjny z napisem "utylizacja"?

Zapadła grobowa cisza. Salonowe samozadowolenie w ułamku sekundy zastygło w gęstej atmosferze, której ciężaru nie były w stanie unieść nawet luksusowe kryształy na stole. Dionizja zbladła. Natura nie obdarzyła jej tak błyskotliwą bezczelnością, jaką dysponował her mąż. Radny z dreszczem obrzydzenia odłożył widelec. Atanazy jednak nawet nie mrugnął.

- Ależ mecenasie - odparł pogodnie. - To certyfikat autentyczności. Dowód pełnej urzędowej procedury.

Goście doskonale wiedzieli, że Atanazy to kombinator, ale to, co zrobił, miało dowieść, że jest wręcz genialnym manipulatorem. Na razie jednak spojrzenia zebranych krążyły w milczeniu od plastikowego kolczyka, przez napełnione koniakiem kieliszki, aż po twarz gospodarza. Ciszę przerwał dopiero mecenas, który nagle parsknął głośnym śmiechem.

- Atanazy, wasza przedsiębiorczość nie zna granic - zaśmiał się, rzucając plastikowy ochłap przed siebie.

Kolczyk z cichym kliknięciem wylądował w popielniczce. Wszyscy odetchnęli z ulgą i jak na komendę wrócili do jedzenia. Święta wiara we własną nieomylność oraz niezbywalne prawo do zysku znów zadziałały jak doskonałe znieczulenie, które błyskawicznie uśmierza sumienie, usypia rozum i pozwala bez przeszkód przełknąć wszystko, nawet kłamstwo zaserwowane na cudzej rodowej porcelanie. Budowanie blichtru na fundamencie zepsucia miało jednak swoją cenę. Prawda właśnie wyszła na jaw, pozostawiając w ustach biesiadników specyficzny niesmak, którego tej nocy nie był w stanie zapić nawet najdroższy koniak Atanazego.

***

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.

copyright 2007 podhale24.plData publikacji: 26.05.2026 07:59