Czy akcje ratowników górskich powinny być płatne z naszych ubezpieczeń?

Ratownicy coraz częściej słyszą pytanie od turystów "czy będziemy musieli zapłacić za pomoc?". Odpowiedź w Zakopanem brzmi: w polskich górach nie, ale po słowackiej stronie Tatr już tak - przypomina portal RynekZdrowia.

W Polsce nie obowiązuje odpłatność za akcje ratownicze. Nie jesteśmy krajem górskim i o ile na przykład w Szwajcarii dość łatwo określić co jest górami a co nie, to u nas nie jest już to takie proste. Ale czy dojście do Morskiego Oka drogą asfaltową jest obarczone jakimś szczególnym ryzykiem i potrzebne są na taką okoliczność ekstra ubezpieczenia?

- Jesteśmy jednym z niewielu krajów, a jednym w Europie Środkowej, który nie ma cennika usług ratowniczych powiązanego z ubezpieczeniami. Wszystkie te usługi są nieodpłatne. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy - mówi naczelnik Siodłak.

Za udzielenie zimą pomocy poszkodowanemu narciarzowi, gdzie wchodzi w grę jego transport do 3 km, ceny zaczynają się od 300 euro. Kiedy w góry wychodzą całe wyprawy poszukiwawcze, to kwota zaczyna się od 5 tys. euro wzwyż, w zależności od ilości zaangażowanego sprzętu i ludzi, ilości godzin. W przypadku użycia śmigłowca do akcji także ceny wzrastają. Cennik usług śmigłowca wymienia 5 tys. euro za sam start maszyny.

- Niektórzy nasi turyści, którzy chodzą po górach na Słowacji, a nie wykupili ubezpieczenia i była im udzielana pomoc przez ratowników słowackich, przeżyli szok kiedy otrzymali na przykład fakturę na 30 tys. euro. Niestety, jeżeli człowiek się nie ubezpieczy, to ma to swoje konsekwencje - przekonuje naczelnik Siodłak.

Ratownicy GOPR i TOPR argumentują, że wprowadzenie odpłatności za akcje z tytułu ubezpieczenia doprowadzi do cofnięcia dotacji rządowych, co nie poprawi, ale wręcz pogorszy sytuację ekonomiczną ratownictwa górskiego.

Kwestia finansowania akcji powraca też przy okazji fałszywych wezwań.

- Szukaliśmy w górach człowieka, która wzywał pomocy będąc na libacji... w Żorach. Oddaliśmy sprawę z powództwa cywilnego do sądu. Wygraliśmy po dwóch latach, zasądzono na rzecz GOPR tysiąc złotych. Ponieważ sprawca okazał się bezrobotnym kara została mu rozłożona na raty, z czego zapłacił dwie - mówi portalowi Jerzy Siodłak, naczelnik Grupy Beskidzkiej GOPR.

Jak podkreśla prezes zarządu TOPR Józef Janczy - niedawny, głośny przypadek opisywany jako fałszywe wezwanie - powietrzny transport turystki z Orlej Perci, był w pełni uzasadniony. Media podały, że wędrująca po Tatrach rodzina wezwała TOPR licząc na to, że zabierze się śmigłowcem do Zakopanego. - To jakieś nieporozumienie, nad którym moi koledzy nie zapanowali. Kobieta, do której wezwano ratowników miała górne ciśnienie ponad 200, a dolne około 150 i rzeczywiście nadawała się do transportu z gór śmigłowcem - opisuje Józef Janczy.



Źródło: Rynek Zdrowia, opr.s/

copyright 2007 podhale24.plData publikacji: 03.09.2012 12:07