Nokaut_ Maszyna do robienia dzieci
/Fantastico Chico Blanco/
Pan Charles, człowiek o twarzy przypominającej gazetę wyjętą z kieszeni, dzielił swoją przeszłość na sezony monsunów delirium, suchą porę paranoi i krótki, lecz intensywny okres kwitnienia grzybów. To właśnie ten ostatni z czułością nazywał "Mad Season", jakby wspominał dawne wakacje na portugalskiej plaży, nie zaś czas, gdy psychodeliczna rewolucja przejechała po nim jak walec po gumowym słupku autora niniejszej opowieści. Słupek ten zresztą minionej, wietrznej piątkowej nocy ponownie został przez jakiegoś natchnionego wandala wyrwany, widać taka już jego dola.
Wróćmy jednak do pana Charlesa. Dziś zbierał plony tamtego klimatu, nie tyle wspomnienia, co rachunki wystawione przez przeszłość. Najcieplej wspominał okres, gdy mózg puchł mu jak drożdżowe ciasto, a rzeczywistość miała konsystencję wódki z lodem. Obecnie żył z odsetek tamtego szaleństwa - skromnych, ale regularnych. Była to sytuacja z gatunku tych, które głoszą, że Fiat 126p zmotoryzował Polskę, ale nikt nie uprzedził, że przy okazji zmodyfikuje też poczucie naszej godności. Było to coś jak kraj, który zmotoryzował się Maluchem, ale już nigdy nie przestał pachnieć benzyną oraz pragnieniem posiadania lepszego samochodu, nawet kosztem drakońskiego kredytu. Obietnica luksusu zamknięta w puszce po konserwach, która zamiast dojechać do celu, utknęła na niekończącym się pasie awaryjnym narodowych kompleksów, gdzie każdy kolejny model w garażu jest tylko mocniejszą dawką leku na to samo, nieuleczalne wspomnienie ciasnoty.
Podwórko pomiędzy kamienicami było dużą betonową studnią, z której kiedyś wyłowiono dzieciństwo i o tym zapomniano. Słońce wisiało nad nim jak żółty odcisk palca stwórcy. Nie świeciło, ono topiło i wyciskało. Było twarde i pachniało jak stary szwajcarski ser pozostawiony na parapecie historii. Z murów wyciekały zapachy uryny, kawy, kurzu, potu i słodkawa nuta brooklyńskiego jazzu, która pamiętała młodość pana Charlesa, dziś już pokrytą szarym piachem.
Na środku, między wygładzonym od dywanów stalowym trzepakiem a pękniętą płytą piaskowca, stała Maszyna.
Nie wyglądała na aparaturę z przyszłości. Przyszłość zazwyczaj jest zbyt szklana i plastikowa. Ta była mosiężna, ozdobna i poważna jak gramofon. Górą przypominała gigantyczną maszynkę do waty cukrowej z głośnikową tubą, dołem zaś stolik, który swoją monumentalnością, powagą i bogatymi złoceniami kojarzył się z epoką ludwikowską. Całość spoczywała na kutych, żeliwnych nogach przypominających karłowate, obrzękłe łydki. Wyglądała jak urządzenie do produkcji czegoś pomiędzy deserem a człowiekiem. Była napuszona jak mebel, który chciałby zostać prezydentem, jakby epoka pary i epoka marzeń uprawiały ze sobą zakazany romans.
Pan Charles wyjął z brudnego kartonika relikwie: garść kolorowych szkiełek, bilet z koncertu The Rolling Stones i zasuszony kwiat magnolii. Z nabożeństwem wrzucił wszystko do podajnika. Miał minę chirurga, który operuje własne wspomnienia. Kliknął zielony przycisk, wajcha opadła. Maszyna jęknęła, jakby pękła struna, coś plumknęło i na świat wyskoczył chłopiec. Dzieciak był piegowaty, czarnowłosy i elegancki. Taki mały prezydent mocarstwa. Nosił miniaturowy garnitur z niebieskiego aksamitu i kojarzył się z bankierem wyciętym z folderu NBP. Natychmiast zaczął recytować tabliczkę mnożenia, kłaniając się przy każdym iloczynie z gorliwością giermka.
- Niezwykle kulturalny egzemplarz - mruknął Charles, kręcąc wielkim emaliowanym cyferblatem, jakby dostrajał radio na sobie tylko znaną częstotliwość. - Może nawet przeżyje szkołę. Prawie nie do odróżnienia od przyszłego dorosłego.
Z okna parteru wychyliła się pani Bułeczka, wachlując się ekstremalnie skuteczną pokrywką od garnka z energią kobiety, która całe życie walczyła z przeciągiem. Wyglądała przy tym jak rycerz, ale po minucie ręka odmówiła jej posłuszeństwa od ciężaru. Ciało miała zbudowane jakby z nadmiaru ciasta, a jej ramiona miały konsystencję nieupieczonej drożdżówki, która niestety z biegiem czasu nie przestaje rosnąć.
- Panie Charlesie! - wrzasnęła. - To ustrojstwo znowu puszcza bańki! Pan mi się tymi bańkami rozmydli!
Istotnie, z dolnego zaworu Maszyny wypływały bańki. Tysiące baniek. Pękały, zostawiając na betonie plamy lepkie niczym ślina po cukierku. Maszyna zaczęła pulsować rock and rollem, a gorące powietrze nad betonem falowało, odsłaniając miraże placów zabaw zrobionych z czystego światła, takich, które istnieją tylko wtedy, gdy nikt dorosły nie patrzy. Wstęp miały tam tylko dzieci i psy: białe, miękkie, przypominające tkankę bez kości. I znowu wystrzeliło. Z wnętrza Maszyny wyskoczyła dziewczynka. Była nieprzyzwoicie piękna i niezwykła. Włosy miała z miękkich promieni słońca, a zamiast butów stopy miała obleczone jasnymi obłoczkami. Wyglądała, jakby ktoś ulepił ją z pięknej pogody i nie zdążył utrwalić ani skrystalizować.
- Ta jest idealna! - wrzasnął Charles. - Będzie chodzić po ścianach, kiedy podłoga ją znudzi!
Słońce, niczym stary kelner, zamrugało porozumiewawczo, rozumiejąc bezsens zasad. Podwórko uderzyło zapachem palonego cukru, wanilii i nakręcanych zabawek. Dziewczynka tymczasem nie zwlekała. Rozejrzała się, uśmiechnęła i zaczęła zmieniać kolory cieni. Cień trzepaka przeistoczył się w shocking pink, cień kamienicy w morską toń, zaś cień Charlesa odkleił się od jego nóg i zatańczył lekkiego bluesa, mieniąc się barwami dojrzałego owocu. Zmieniała je z okrucieństwem dziecka, które odkryło, że świat jest jedynie zaczynem rzeźbiarskiego lepiszcza. I nagle obcy miraż przypadkowego hejtera o nicku Oburzony rozsypał się w szary pył. Jego złośliwości nie znalazły adresata, zostały zdeptane przez nierealność. Cień Oburzonego osypał się niczym łupież rzeczywistości.
- Moje cienie! - jęczała pani Bułeczka. - Porządne, stare, sprawdzone cienie! One były bardzo porządne! Szare! Używane i prawdziwe!
Jej własny cień na murze zrobił się błękitny jak mleko migdałowe z kroplą atramentu i zaczął bezwstydnie kokietować listonosza z bezczelną gibkością młodości. Ten zaś nie wiedział, czy to flirt, czy coś zgoła innego. Później cień przemieścił się i zaczął ocierać o nogę stołu niczym kot. Nie wiadomo po co. A może jednak wiadomo?
Pan Charles, niewzruszony tą chromatyczną rewolucją, wyjął z kieszeni kamizelki swój najcenniejszy skarb: zegarek, busolę czasu spóźnioną o dekady. Wrzucił go do gardzieli Maszyny z miną alchemika karmiącego smoka. Ta zadrżała, zazgrzytała i zaczęła przełykać czasomierz powoli, z wysiłkiem, jakby się dławiła. Nagle zamarła. Po chwili znów zachrobotała jak ktoś połykający uliczną latarnię bez popijania. Wskazówki wszystkich zegarów w okolicy oszalały, a z mosiężnej rury wylała się srebrzysta mgła, która zastygła w chłopca o twarzy starca. Miał srebrne włosy oraz niebieskie, zamglone, choć psotne oczy. Zamiast słów wydawał z siebie tykanie. Co sekundę starzał się o rok, by zaraz potem wrócić do niemowlęctwa. Żywy, wahadłowy eksperyment.
- Chrystusie Panie! - wrzasnęła pani Bułeczka, której cień właśnie próbował ukraść flakon z tulipanem. - Co to za dziwoląg?!
- To Chłopiec Retro - powiedział Charles z zachwytem. - On nie rośnie w przyszłość. On kolekcjonuje wspomnienia, które dopiero będą.
Chłopiec Retro dotknął betonu. Spod płyt wystrzeliły plastikowe stokrotki z klocków, wygrywając na pozytywce melodię, którą wszyscy kiedyś znali, lecz dorośli skrzętnie ją zagubili, gdzieś między opłaconymi rachunkami a bezdusznym, wiecznie spieszącym się kalendarzem. Czy powinien cofnąć podwórko do czasów świetności kamienicy? Czy pomóc dziewczynce łapać rozbrykane cienie? Pytania wisiały w powietrzu jak balony.
Charles, z ciekawością graniczącą z chorobą zawodową, uchylił serwisowy właz Maszyny. W środku nie było kół ani procesorów. Pulsowało tam żywe kłębowisko marzeń. Na poduszkach z żelowych pianek spoczywały słoiki z opisami: "Pierwszy zachwyt nad rzeką", "Zapach powietrza po burzy", "Czysta nuda bez poczucia winy", a wszystko to połączone miedzianą pajęczyną, drżącą niczym struny gitary. Maszyna nie produkowała dzieci. Ona, niczym aparatura do bimbru, destylowała dzieciństwo z zagubionych przedmiotów i zapomnianych chwil, ubierając je w ciała zdolne biegać po podwórku.
Maszyna tymczasem westchnęła. Ostatni trybik wypadł i potoczył się jak miedziana moneta. Cienie szybko wróciły na swoje miejsca. Znów zrobiło się nudno i szaro. Aksamitny chłopiec, dziewczynka z obłoków i Chłopiec Retro rozproszyli się w słońcu, zostawiając po sobie jedynie zapach ozonu, wanilii i upał. Charles ze smutkiem zamknął właz. Podwórko znów było tylko betonem. Zwykłym, posłusznym, mierzalnym. Poprawił pokrywę, jakby miał nadzieję, że Maszyna jeszcze raz zadziała. Podwórko-studnia znów stało się tylko zwykłym, szarym placem, jak tysiące innych.
W świecie, który obsesyjnie wszystko waży i planuje, Maszyna była błędem w systemie. Przypomnieniem, że nowe życie to nie tylko biologia, lecz suma dziwnych zdarzeń, bibelotów i czasu, który płynie inaczej, gdy nikt go nie pilnuje. Największym cudem nie jest to, że Maszyna potrafi ulepić dziecko, ale to, że każde dziecko nosi w sobie maszynę potrafiącą przerobić szare podwórko w kosmiczną stację, dopóki dorośli nie nauczą go patrzeć na zegarek i szeregu innych nudnych, odpowiedzialnych rzeczy.
***
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Skontaktuj się z nami
+48 796 024 024
+48 18 52 11 355redakcja@podhale24.pl
m.me/portalpodhale24
Adres korespondencyjny
Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Informacje
Obserwuj nas















































