Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Facet z bananem" - podhale24.pl
Czarny Dunajec
Snow
-7°C
Snow
-7°C
Snow
-7°C
Snow
-6°C
Snow
-8°C
Snow
-9°C
Jakość powietrza
Nowy Targ
Zakopane
Rabka-Zdrój
Nowy Targ
Zła
PM 10: 197 | 394 %
Zakopane
Dostateczna
PM 10: 121 | 242 %
Rabka-Zdrój
Umiarkowana
PM 10: 83 | 166 %
Kartka z kalendarza
14.10.2025, 07:30 | czytano: 941

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Facet z bananem"

Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Facet z bananem".

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Nokaut - Facet z bananem
/Fantástico Chico Blanco/

Bohaterowie i wydarzenia przedstawione w tym opowiadaniu są wytworem wyobraźni.

Zbyszek Friday był przeciętnym facetem, zwykłym łysiejącym, niezbyt ładnym i nudnym introwertykiem. Praca w prokuraturze, randki bez większych sukcesów i życie w bezgranicznym cieniu kamuflującym brak osiągnięć. Egzystencja na wdechu od poniedziałku do piątku.

Wiem, że to niemożliwe, ale pewnego dnia budzi się i odkrywa, że zamiast - no wiecie czego - ma prawdziwego banana. Nie sztucznego, nie jakiegoś mutanta będącego dziełem nieznanej aberracji genetycznej, tylko zwykłego banana jak z warzywniaka, jasnożółtego, lekko zakrzywionego, z okrągłą firmową naklejką. Na początku myśli, że to sen. Ale nie. Lekarze są zdezorientowani, Google nie pomaga a internetowe fora stają się jego jedyną nadzieją. Życie nabrało tempa i pożeglowało w niewiadomym kierunku.

Cofnijmy się jednak do tego feralnego dnia, a ściślej do momentu przebudzenia. Zbyszek obudził się o 5:45, jak zawsze, bez budzika. Chronometr jego organizmu działał jak japońska maszyna, z tą różnicą, że nie był ani japoński, ani tak precyzyjny. Po prostu wstawał wcześnie, żeby mieć czas na kawę, prysznic i jakiś kwadrans na biadolenie, że pięć lat temu nie zdał aplikacji sędziowskiej i teraz codziennie, niczym fabryczny krawiec, musi szyć oskarżenia. Na samą myśl o tym, że nie jest sędzią, wpadał w poczucie wstydu, że z powodu swojej nieudolności nie jest tym, kim chciałby być. Z tego też powodu dławił go kompleks niższości i frustracja. Czuł się gorszym gatunkiem w hierarchii wymiaru sprawiedliwości i sądownictwa.

Tymczasem, ziewając, podreptał do łazienki. Odbicie w lustrze jak zwykle nie zachwycało. Zresztą jak tu z czystym sumieniem spoglądać sobie w twarz, będąc prokuratorem? Facjata zmięta jak po imprezie, a oczy jak dwa zardzewiałe grosze. Ale to nie twarz miała dziś zagrać życiową rolę. Zbyszek spojrzał w dół. Zmroziło go. Nie od razu to zrozumiał. Najpierw pomyślał, że to halucynacja. Potem, że może przysnął na krześle w kuchni i to tylko głupi sen. Ale nie. Dotknął. Zmrużył oczy. Znowu dotknął. Usiadł wreszcie na brzegu wanny. Z jego krocza sterczał banan. Niemetaforycznie. Nie w przenośni. Prawdziwy żółty. Z naklejką "Ekwador - Premium".

- Co do ku... nędzy! - Zaczął, ale słowa ugrzęzły gdzieś w spoinach płytek łazienkowych.

Wstał. Banan ruszył razem z nim. Nie bolało. Nie było dziwnego uczucia. Po prostu banan. Zintegrowany z ciałem. Wreszcie dotarło to do niego. Wpadł w panikę. Zaczął nerwowo przeszukiwać Internet. "Banan zamiast, no wiecie czego, co robić?". "Klejnoty rodowe, owoce nietypowe". "Czy to rak? Czy to dieta?". Google milczało jak zaklęte. Jedyne, co znalazł, to jakieś forum płaskoziemców z tematem "Banany jako afrodyzjak", ale to akurat w niczym mu nie pomogło.

W końcu przełamał wstyd i zadzwonił do przychodni:

- Dzień dobry, mam problem. Hmm... coś dziwnego mi urosło.
- Proszę sprecyzować, panie...
- To banan. W miejscu... no wie pani... - plątał się nieskładnie
- Jakiego typu banan?
- Jak to jakiego typu? - Krzyknął jąkając się. - Żółty! Normalny! Z naklejką!

Rejestratorka milczała przez kilka długich sekund, potem z powagą zanotowała, głośno się upewniając: "zgłasza przypadłość owocowo-genitalna. Podejrzenie psychotropów albo dolegliwości psychiatrycznej".

Zbyszek tymczasem siedział na brzegu fotela, patrzył na tropikalną narośl i czuł, że jego życie właśnie zaczęło nowy, kompletnie pojebany rozdział. No bo jak tu kogoś przed sądem oskarżać, gdy w portkach ma się banana? Owszem przed sądem byłoby głupio, ale przed sadem w tych okolicznościach paradoksalnie już nie. Zawsze to jakaś owocowa więź.

Przychodnia rejonowa "Medykament" mieściła się na zaadaptowanym parterze bloku z wielkiej płyty i pachniała czymś pomiędzy piecem kaflowym, szatnią hokeistów a preparatem dezynfekującym. Niby była schludna i czysta, ale jednak coś było nie tak. Zbyszek siedział w poczekalni, zwinięty w pół jak człowiek ze szlachetnym kruszcem w gaciach, przemycanym przez granicę. Obok siedziała starsza pani z papilotami, która z uporem maniaczki wpatrywała się w jego krocze. Zbyszek zorientował się, że banan nieco wystaje. Nie jakoś obscenicznie, ale dość, żeby wzbudzić niezdrową ciekawość kobiety.

- To teraz takie modne? - zapytała kobieta z szelmowskim uśmieszkiem.
- Co?
- Te egzotyczne dodatki - powiedziała wymachując ręką nad kroczem Zbyszka.

Na szczęście i jednocześnie na nieszczęście, bez zachowania jakichkolwiek zasad ochrony danych osobowych, jego personalia wybrzmiały donośnie przez głośnik i to wybawiło go od konieczności dalszej konwersacji.

- Zbigniew Friday, gabinet trzeci.

W gabinecie doktor Kowalski, kobieta o oczach jak dwa turkusy i głosie Krystyny Czubówny, spojrzała na niego bez cienia zdziwienia. "Ciekawe, że nie Kowalska?" - pomyślał Zbig. Odrzucił jednak zaprzątanie sobie głowy tą myślą, nie czas i miejsce na takie rozważania.

- Proszę opuścić spodnie - powiedziała służbowym tonem jakby czytała film o faunie Amazonii.

Zbyszek, choć mocno zawstydzony, posłusznie opuścił jeansy a banan wyskoczył jak Elvis z Cadillaca. Kowalski milczała. Te kilkanaście sekund milczenia dłużyły się niczym wieczność. Wreszcie wyraziła zdumienie, a na jej twarzy zagościł chytry uśmieszek.

- Hmm... Zaskakujące.
- To najdelikatniejsze określenie, jakie mogłem dziś usłyszeć - odparł.
- Od kiedy objawy?
- Rano. To znaczy od dzisiejszego ranka. Przed śniadaniem.

Doktorka naciągnęła na dłonie lateksy i sięgnęła po stetoskop. Przyłożyła końcówkę do banana. Słuchała.
Wreszcie jak ostateczna wyrocznia pokiwała głową.

- Brak pulsu, ale ewidentnie zintegrowany z organizmem.
- Co to znaczy?!
- To znaczy, że ten banan to teraz część pana. Po prostu coś na kształt przeszczepu. Najwyraźniej organizm przestał odrzucać obce ciało. Kto wie, może ma pan jakąś wewnętrzną potrzebę potasu?
- Potasu?
- Tak, potasu. I niech pan się cieszy, że nie wyrósł mu pomidor.

Zbyszek patrzył na nią z rozdziawioną gębą. Nie wierzył w to, co słyszał.

- A co ja teraz mam z tym robić?
- Proszę obserwować. Nie obierać i unikać kontaktu ze zwierzętami, żeby nie dziabnęły - wystrzeliła z sarkazmem w głosie. - I trzymać się z dala od małp! - dodała. Zachowywała się przy tym jakby to było na porządku dziennym.

Doktorka nie okazała się Kolumbem i Ameryki nie odkryła, nawet się psiekrwia nie starała. Zbig wyszedł z gabinetu z uczuciem, że właśnie otworzyła się furtka do świata, w którym zdrowy rozsądek zmarł śmiercią tragiczną, rozjechany przez tira ciągnącego naczepę z bananami. Zaś o lekarce, która go diagnozowała, pomyślał, że byłaby lepszą medyczką, gdyby wyjęła głowę z własnej dupy, rozejrzała się wokół i douczyła. Wmawiał też sobie, że to jakaś forma matrixa i że za chwilę się obudzi. Na dodatek nie wiedział, że prawdziwe szaleństwo dopiero się zacznie. Bowiem ktoś właśnie nagrał jego wyjście z przychodni, a nagranie szybko trafiło na TikToka. Zajebiście. Jak widać, ten czas nie był dla niego zbyt łaskawy. Po prawdzie, to był on całkiem do dupy. Dlatego pomińmy ten dłużący się chaos i wskoczmy od razu do grande finale opowieści. Czyli, że Zbig już jest po medialnym cyrku, viralach, ofertach reklamowych i dziwnych randkach z ludźmi, którzy chcieli na własne oczy zobaczyć i dotknąć banana.

Minęły tygodnie od bananowej metamorfozy. Zbyszek w pewnym sensie przestał już być człowiekiem. Nie dlatego, że wyrósł mu banan, ale dlatego, że świat przestał widzieć w nim cokolwiek, poza bananem. Był "tym gościem od banana", memem, symbolem medialnego chaosu i kiczu. Dlatego uciekł do wynajętego na odludziu, niewiele wartego i rozpadającego się domku, gdzie nie było jakiegokolwiek zasięgu, a jedynym świadkiem jego frustracji była niedowidząca sąsiadka, obarczona na żółtą plamką i zaćmą. Słuch za to miała doskonały. Dlatego nawet tam nie mógł zaznać spokoju. I wtedy pojawili się oni. Sekta foliarzy przekonanych, że Zbyszek to zwiastun wielkiej przemiany. Przyszli w ciszy, ubrani w powłóczyste szaty w bananowych barwach z suszonymi szypułkami bananów, zawieszonymi na szyjach, w klapkach "japonkach" własnoręcznie skleconych z włókien bananowca. Jeszcze takich dziwaków nie widział.

- Jesteś naszym pierwszym znakiem, Zbyszku. Prorokiem. Posłańcem tropikalnych bogów. Tym, który zburzy podział między człowiekiem a owocami. Dołącz do nas. Zjednoczmy się w miłości do owoców!

Zbyszek zatrzasnął im drzwi przed nosem. Nie potrzebował kultu. Potrzebował odpowiedzi. I wtedy poczuł okropne swędzenie w kroczu. Spojrzał w dół. Banan ściemniał. Nie tak, jak robi się dojrzały. Raczej tak, jakby zaraz miał się rozpaść. Przez kilka godzin siedział na brzegu krzesła, obserwując, jak jego egzystencjalny banan wkraczał w stan zaawansowanego przejrzenia. Skórka zaczęła pękać. I wtedy banan odpadł. Po prostu. Cicho. Bez fanfar. Bez bólu. A na jego miejscu nie pozostało nic, tylko gładka skóra. Taka sama jak na brzuchu. To było nieco straszne i jednocześnie śmieszne. Jak można nie mieć nic w tym miejscu? To tak, jakby się było manekinem wystawowym. Męska wersja manekina ma chociaż wypukłość w tym miejscu, a on nie miał nic. Zbig podniósł banana. Był jeszcze ciepły i miękki. I pachniał podejrzanie normalnie. Bez zastanowienia, bez jakiegokolwiek rozmysłu pożarł go z wielką chciwością. Słodki smak. Nieziemsko dobry.

I wtedy Zbyszek się uśmiechnął. Przestał być bananowym dziwadłem. Nie był już prorokiem. Był tylko facetem, który przeżył coś absolutnie popieprzonego, zjadł swojego banana i wreszcie mógł znów żyć, mimo, że na jego miejscu nic nie pozostało. Absolutnie nic.

***
Reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
komentarze
dodaj komentarz

Komentarze są prywatnymi opiniami czytelników portalu. Podhale24.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Podhale24.pl zastrzega sobie prawo do nie publikowania komentarzy, w szczególności zawierających wulgaryzmy, wzywających do zachowań niezgodnych z prawem, obrażających osoby publiczne i prywatne, obrażających inne narodowości, rasy, religie itd. Usuwane mogą być również komentarze nie dotyczące danego tematu, bezpośrednio atakujące interlokutorów, zawierające reklamy lub linki do innych stron www, zawierające dane osobowe, teleadresowe i adresy e-mail oraz zawierające uwagi skierowane do redakcji podhale24.pl (dziękujemy za Państwa opinie i uwagi, ale oczekujemy na nie pod adresem redakcja@podhale24.pl).

reklama
reklama
Co, gdzie, kiedy
Nie przegap!
18
01.2026
Nie przegap!
16
01.2026
reklama
Pod naszym patronatem
Zobacz wersję mobilną podhale24.pl
Skontaktuj się z nami
Adres korespondencyjny Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Aplikacja mobilna
Obserwuj nas