Nokaut _ Pięć stadiów rozkładu osobowości
(Fantástico Chico Blanco)
Zaprzeczenie
Charles obudził się o piątej czterdzieści pięć, dokładnie tak jak zawsze, bo budzik miał ustawiony na Radio Wczesne Przeboje. Otworzył oczy i pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była... dynia. Nie metaforyczna. Prawdziwa. Dorodna, lśniąca, o barwie zachodu słońca nad Gubałówką w piękną pogodę. Dynia, która ? co szybko empirycznie ustalił ? była po prostu nim. Tak, była umiejscowiona na szyi. Przetarł oczy, które, o dziwo, wciąż posiadał, choć ukryte gdzieś między nierównościami dorodnej skórki i wstępnie uznał, że to po prostu skutek zbyt twardej poduszki.
- Niemożliwe - powiedział do siebie spokojnie, bo przecież Charles był człowiekiem z gruntu rozsądnym. - To na pewno alergia albo jakieś efemeryczne obrzmienie.
Spróbował podrapać się po czole. Paznokcie zapukały głucho, jakby pukał do drzwi starej piwnicy, których od lat nikt nie otwierał albo w dojrzały arbuz. Dynia odpowiedziała lekkim echem. Stanął przed lustrem. Lustro zareagowało poprawnie. Odbiło dynię. To go, nie wiedzieć czemu uspokoiło. Gdyby nic nie odbiło, byłby problem - pomyślał. Ale odbicie było, czyli istniał.
- Przejściowe - mruknął. - Każdy ma kiedyś gorszy poranek. Jedni worki pod oczami, inni rudą papkę i pestki w grubej skórce.
Umył się. Woda spływała po gładkiej skórze, zostawiając rudawą smugę nostalgii i zapach jesieni. Podczas golenia odkrył, że maszynka nie ma czego golić. Mimo to zaciął się, gdy próbował wygładzić zagłębienie przy szypule. Z rany pociekła pomarańczowa breja, gęsta jak zupa krem.
- Niedobór żelaza - uznał. - Albo przesilenie, albo ch** wie co jeszcze. Przecież każdy ma czasem gorszy dzień z cerą.
Założył kurtkę, szalik owinął wokół zielonkawego lekko wygiętego ogonka, jakimś cudem naciągnął na czerp bejsbolówkę z nazwą zespołu Grateful Dead i wyszedł do pracy. Spóźnienie przecież było gorsze niż bycie warzywem.
Gniew
W autobusie numer jedenaście, w którym miasto nie ważyło się zmieniać numeru, panował tłok. Plecaki, torby turystyczne, walizki, kijki, czekany, zabłocone buty, pot i społeczna ignorancja. Charles stał przy drzwiach, a jego głowa obijała się o poręcz, wydając dźwięk drewnianej kasetki. W swoim odbiciu w szybie dostrzegł, albo tak przynajmniej się mu zdawało, że zaczął od zaduchu więdnąć. Wpadł w wewnętrzną furię. A tu jeszcze to!
- Proszę uważać - syknęła starsza pani, wbijając nerwowo parasolkę w jego bok. - Bo mi pan walizkę wywróci.
Wkurzająca starucha! Tego było za dużo. Gniew narósł w nim jak drożdże w cieście, które i tak nigdy nie wyrośnie. W piekarni dwa przystanki dalej, gdzie jak na złość kolejka sięgała parkingu, ekspedientka spojrzała na Charlesa z kpiącym uśmiechem kobiety, która widziała już wszystko.
- Chleb dyniowy? - zapytała z sarkazmem. - Na wagę czy ...?
Charles eksplodował. Dosłownie i metaforycznie. Rzucił się na ladę, zrzucając tacę z bułkami, krzycząc, że jest obywatelem, podatnikiem i posiadaczem numeru PESEL, a nie jakimś tam dodatkiem do risotta.
- Dość waszej wegańskiej dyktatury! - ryczał, okładając ręką powietrze nad ekspedientką. - Człowiek to nie jakiś składnik do czegoś!
Wreszcie niechcący tak się zamachnął, że roztrzaskał szybę witryny z ciastami. Ciasto marchewkowe poległo pierwsze. Sernik zsunął się godnie, jak aktor schodzący ze sceny. Próbował dosięgnąć bogu ducha winną ekspedientkę, krzycząc, że jest dumnym obywatelem, a nie dodatkiem do głównego dania. Rozpędzony rozbił witrynę z pączkami, rycząc, że świat stał się jedną wielką wegetariańską konspiracją mającą na celu poniżenie jego człowieczeństwa. Przedstawiciele Policji Powiatowej przyjechali względnie szybko, ale gdy ocenili sytuację, jedynie spisali Charlesa zobowiązując do pokrycia strat. Stwierdzili, że ta sprawa nie jest dla nich i odjechali, chichrając się, że ten temat jest raczej dla sanepidu lub po prostu sprytnego kucharza.
Targowanie się
Wieczorem po kąpieli Charles padł na kolana w łazience. Lustro zaparowało, nie widział się, ale dynia wciąż była intuicyjnie wyczuwalna.
- Dobrze - szeptał do sufitu, gdzie była plama po tym jak zalała go sąsiadka. - Panie Boże rozumiem aluzję, rozumiem lekcję. Będę jadł więcej mięsa. Będę wspierał rzeźników. Tylko spraw, żeby to było chociaż brokułem. Brokuły są teraz w modzie, mają więcej żelaza. Ale niech nie będzie to dynia, tylko nie to pospolite Halloweenowe warzywo dla biedoty, błagam.
Obiecywał wszystko. Mięso, ryby, podroby, rosół, kaszankę i flaki. Przysięgał, że przestanie czytać etykiety i będzie jadł jak człowiek, byle co, byle dużo.
- Może cukinia? - negocjował. - Jest smukła. Albo bakłażan, mam w podobnym kolorze ubrania, jakoś bym to ograł.
W akcie desperacji zaproponował nawet swoje organy wewnętrzne, konto oszczędnościowe i karnet na basen, na który ostatnio mało co chodził. Sufit milczał. Bóg najwyraźniej był na diecie albo na wczasach, albo się po prostu uwziął i nie reagował.
Depresja
Minęły dni. Dynia zaczęła mięknąć. Brak słońca sprawił, że jego cera stała się chorobliwie żółtawa. Pojawiły się plamy, zapach i pierwsze muszki. Charles siedział w ciemności, podlewany własną rezygnacją i Jasiem Wędrowniczkiem. Czuł, że ogarnia go egzystencjalna wilgoć. Nie wychodził. Nie odbierał telefonu. Listonosz zostawiał awiza a reklamowe ulotki tkwiły chaotycznie w otworze wrzutowym przepełnionej skrzynki pocztowej. Gąsienice urządziły sobie piknik na jego potylicy.
- Jaki sens ma myślenie, skoro i tak kończy się w garnku? - pytał siebie, nie oczekując odpowiedzi. - Co za różnica, czy myślisz mózgiem, czy miąższem, skoro i tak kończysz w kotle przeznaczenia?
Płakał. Łzy miały smak wywaru. Czuł, że jest gotowany powoli, przez życie, społeczeństwo i jakieś cholerne fatum. Czemu to k***a nie przytrafiło się sąsiadowi, którego tak nie lubi?
Akceptacja
W niedzielne popołudnie założył marynarkę. Krawat ledwie wcisnął na szyję. Dynia była już mocno dojrzała. Wszedł do najlepszej restauracji w mieście. Kelner spojrzał, skinął głową i podał tarkę. Bez pytań. Charles usiadł, posolił się delikatnie i zaczął ścierać własne czoło prosto do talerza. Zupa była gorąca. Idealna. Uśmiechnął się. Wreszcie czuł się przydatny. Wreszcie był częścią czegoś użytecznego - karty dań. Poddał się, przestał wierzgać i zaakceptował fakt, że stał się dodatkiem do potraw, może nie jakimś tam dodatkiem, ale dodatkiem niezwykłym, niczym białe trufle. Kelner o dziwo nie padł z wrażenia, jakby to nie był pierwszy przypadek.
***
Skontaktuj się z nami
+48 796 024 024
+48 18 52 11 355redakcja@podhale24.pl
m.me/portalpodhale24
Adres korespondencyjny
Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Informacje
Obserwuj nas





























