Trafiła do centrum wsi, w pobliże plebanii. Warunki u Kramarzów, podobnie jak wszędzie, były surowe, wręcz nie do pomyślenia dla dzisiejszego turysty. W pokoju zamiast łazienki stała miska i wiadro z wodą, a wychodek znajdował się na zewnątrz, za domem. Mimo to gościnność była niezwykła. Gospodyni, chcąc dogodzić letnikom, przynosiła obiady prosto do pokoju.
W połowie lat 70., kiedy Michał miał 6 lat, Elżbieta, absolwentka tkactwa artystycznego na warszawskiej ASP, miała sporo pracy - przyjmowała zamówienia na gobeliny i musiała tkać. To właśnie wtedy szukała miejsca, gdzie jej syn miałby najlepszą opiekę podczas wakacji. I znowu z polecenia koleżanki trafiła do Marii Pary na ulicę Kościuszki. Maria przyjmowała na wakacje dzieci turystów i opiekowała się nimi jak własnymi. I tak w 1977 roku pięcioletni Michał został u górali na miesiąc wakacji. Później przyjeżdżał co roku, nawet w ferie zimowe. Kiedy przebywał u Marii, do sąsiedniego domu - do Sztokfiszów - przyjeżdżała też jego babcia. Z czasem zresztą cała rodzina regularnie wracała właśnie do Sztokfiszów.
- Dziś zostawienie dziecka u gazdów na miesiąc byłoby nie do pomyślenia - wspomina Elżbieta. - Maria opiekowała się dziećmi turystów jak własnymi. Trzeba było uprać, ugotować, ale też przytulić, kiedy zrobiło się smutno. - Wkładała w to całe serce, a ja wiedziałam, że Michał jest w dobrych rękach.
Do dziś Elżbieta co rok wraca w dawne miejsce. I za każdym razem spotyka się dziś z 84-letnią dziś "Marysią". Zawsze są to spotkania niezwykłe, wzruszające, a rozmowy nie mają końca.
"Na klapnioku", czyli oswajanie góry
Mały Michał szybko stał się częścią rodziny Parów. Zżył się z dziećmi gazdów - Aśką, która była od niego rok młodsza, i Staszkiem, nastoletnim synem, który stał się jego opiekunem i przewodnikiem po świecie. Chłopak szybko nauczył się słów gwarowych i gdy mama pytała o czapkę, odpowiadał z dumą, że leży "na klapnioku".
Wspomnienia z tamtego czasu mają swój niepowtarzalny... smak. Michał do dziś pamięta gazdę Jaśka, który rano siedział przy piecu, kroił spyrkę i częstował go kawałkiem. - Ta spyrka kojarzyła mi się z czymś dla dorosłych, a fakt, że ja mogłem ją jeść, był dla mnie niezwykle ważny - mówi reżyser.
Pamięta też babkę Helenkę (mamę Jaśka - przyp. red.), która robiła mu kogel-mogel i częstowała landrynkami, oraz wieczorne kąpiele w kuchni. Wszyscy - dzieci i dorośli - myli się po kolei w tej samej wodzie, w jednej balii. Najpierw Michał, potem Aśka, Staszek.
Wiejskie życie było dla Michała tak fascynujące, że kiedyś, gdy odwiedziła go ciotka z Francji, powiedział, że nie ma czasu się z nią spotkać, bo "musi ze Staszkiem wozić gnój". Podczas jednej z takich wypraw gnatki się przewróciły i gnój go przysypał... Takie przygody hartowały go bardziej niż cokolwiek innego. Tu stawiał pierwsze kroki na nartach, "styrmał się" po potokach, zbierał maliny.
Maluchem przez Polskę
Do Bukowiny zaczął przyjeżdżać też starszy brat Michała. Podróże z Warszawy były prawdziwym widowiskiem i logistycznym wyzwaniem: mały fiat, w środku trójka dzieci, a na dachu narty, ubrania, zapasy jedzenia, garnki które Elżbieta potem zostawiała u gaździny. - Zawsze nas ciągnęło w góry - mówi. - Pamiętam, jak pociągiem jechałam z wózkiem dziecięcym i bagażami, modląc się, żeby nas wpuścili do autobusu z Zakopanego do Bukowiny. A żeby dojechać z Bukowiny do Zakopanego czy Morskiego Oka, szli pieszo do Białki Tatrzańskiej i tam wsiadali do autobusu. Bo w Bukowinie autobus był już tak przepełniony, że zawsze istniało wysokie prawdopodobieństwo, że kierowca turystów z przystanku nie zabierze.
Dzieci całe dnie spędzały "na polu", kąpały się w Białce i potoku Poroniec. Elżbieta uważa, że to właśnie te wyjazdy i mycie włosów w zimnej rzece dały im odporność na lata. - Jeśli miałam prać i gotować w Warszawie, wolałam to robić w Bukowinie nad rzeką - dodaje z uśmiechem.
Złoto dla zuchwałych i pętla czasu
Niedawno, podczas długiego weekendu majowego, Michał Siegoczyński po wielu latach przerwy odwiedził Bukowinę Tatrzańską. To był powrót do korzeni, do gaździny Marii, do Aśki i Staszka. Od ich wspólnego dzieciństwa widzieli się zaledwie raz ze Staszkiem, ponad 20 lat temu - teraz spotkali się po raz drugi. Z "Aską" po raz pierwszy od pół wieku.
Podczas rozmowy u Staszka w domu wzrok wszystkich przykuł ekran telewizora. Właśnie wyświetlany był film "Złoto dla zuchwałych". Dokładnie ten sam, który z wypiekami na twarzach oglądali jako mali chłopcy w latach 70. Wtedy, w 1978 roku, była to absolutna nowość, wielkie kinowe wydarzenie, które śledzili przykryci wspólną kołdrą.
- Mówiłem Michałowi, żeby się zasłaniał kołdrą, kiedy uważałem, że nie powinien oglądać niektórych scen - śmieje się Staszek. Po pół wieku Michał usłyszał od dawnego towarzysza zabaw: - Byłeś jak nasza rodzina. Mieszkałeś z nami, wszyscy się lubili.
Dziś są dojrzałymi ludźmi, a świat wokół nich zmienił się nie do poznania. Jednak ten film, lecący w tle po pół wieku, stał się rodzajem magicznego pomostu. Jakby czas zatoczył pełne koło, łącząc znów tych dwóch chłopców z bukowiańskiej izby. Maria Para, patrząc na nich, nie kryła wzruszenia: - To ogromna radość, jak się widzi to dziecko po tylu latach. U nas każdy był traktowany jak rodzina.
Świat, który definiuje
To właśnie góry i Bukowina zdecydowały o drodze zawodowej Michała. Fascynacja teatrem zaczęła się w Zakopanem, od wizyty w Teatrze Witkacego. To tam poczuł, że chce zostać aktorem, a później reżyserem. Dziś, mając na koncie ponad 30 spektakli i uznaną markę w świecie sztuki, wciąż nosi w sobie bukowiańskie obrazy.
Podczas ostatniej wizyty przeszedł się ścieżkami prowadzącymi do pól. Dziś są zarośnięte. Nad rzeką Białką nie ma już malin i borówek. Zawaliły się niektóre szałasy w polach. Lasy zdziczały, na łąkach nie słychać ludzi. Nikt już nie grabi siana ręcznie. W potokach ucichły śmiechy dzieci. Michał mówi, że tamten świat był uporządkowany. Ludzi żyli zgodnie z naturą. - Dzieci były biedne, ale szczęśliwe - podkreśla.
Pamięta w domu gazdów wielkie obrazy z Sercem Jezusa i Maryją - takie same, jakie lata później spotkał podczas podróży do Meksyku. Pamięta też chodzenie z obrazem Matki Boskiej po domach. Dla małego chłopca było to jak magia. - Bukowina ciągle jest we mnie - podsumowuje dziś. - To miejsce mnie definiuje.
Zwieńczeniem tego szczególnego powrotu do korzeni była premiera spektaklu "Potop" w reżyserii Michała Siegoczyńskiego - 4 maja w Teatrze Telewizji. Po emisji odbył się wywiad z reżyserem. Spektakl zdobywa wiele pozytywnych recenzji, a krytycy podkreślają, że reżyser ma swój niepowtarzalny styl i w unikalny sposób nawiązuje do tekstów popkultury.
Dla tych, którzy pamiętają Michała z dzieciństwa, był to wieczór pełen wzruszeń, przywołujący wspomnienia sprzed pół wieku. Gdy 50 lat temu górale obserwowali bawiącego się wśród nich małego chłopca, nikt nie przypuszczał, że drzemie w nim talent i że z małego Michała wyrośnie znany reżyser, który podbija polskie sceny teatralne.
Kroh i Kuczok
Po Antonim Krohu i Wojciechu Kuczoku, Michał Siegoczyński jest kolejną znaną postacią, która w dzieciństwie regularnie przyjeżdżała do Bukowiny Tatrzańskiej.
Antoni Kroh spędził w Bukowinie swoje dzieciństwo na przełomie lat 40.i 50. XX wieku. Tutaj chodził do szkoły z miejscowymi dziećmi. Swoje przeżycia opisał później w kultowej książce "Sklep potrzeb kulturalnych", która do dziś pozostaje bezcennym, wręcz dokumentalnym zapisem tamtych czasów.
Z kolei Wojciech Kuczok odwiedzał Bukowinę Tatrzańską w latach 90. jako kilkulatek przyjeżdżający tu z rodzicami. Owocem tych pobytów stała się powieść "Spiski". Nie jest to jednak reportaż, a przesiąknięta realizmem magicznym, swobodna opowieść. Książka do dziś budzi wśród górali skrajne emocje. Jedni są nią zafascynowani, inni czują się dotknięci - uważają, że autor przedstawił lokalną społeczność w sposób przerysowany, karykaturalny i zbyt mocno skupił się na problemie alkoholizmu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Kuczok w mistrzowski sposób oddał klimat góralskiego świata, specyfikę tutejszych rozmów i mentalności, a pierwowzorami jego barwnych bohaterów byli prawdziwi mieszkańcy Bukowiny.
Monika Para-Miśkowiec
***
Michał Siegoczyński. Rocznik 1972. Reżyser teatralny, scenarzysta, aktor. Ma za sobą dwuletnie stacjonarne studia aktorskie SPOT w Krakowie oraz egzamin eksternistyczny sekcji dramatu Związku Artystów Scen Polskich w Warszawie. Był wolnym słuchaczem na wydziale reżyserii w warszawskiej Akademii Teatralnej. Jako reżyser zadebiutował w 2004 r. spektaklem "Jak zjadłem psa J. Griszkowca" w Teatrze im. H. Modrzejewskiej w Legnicy.
Wyreżyserował ponad 30 spektakli, m.in. "Casablanca" - Teatr Powszechny w Warszawie (2011), "Dom Lalki" - Teatr Nowy w Poznaniu (2012), "Kali Babki" - Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie (2014), "Elvis" Teatr Nowy w Poznaniu (2016), "Beksińscy" - Teatr Polski w Bydgoszczy (2017), "Romeo i Julia Is Not Dead" - Teatr Wybrzeże w Gdańsku (2023). Spektakl "Taśma S. Belbera" jest grany w Teatrze WARSawy ponad dwadzieścia lat.
Siegoczyński ma własny reżyserski styl, nazywany był specjalistą od monodramów czy uważnym sentymentalistą.
Jest laureatem wielu nagród, m.in. głównej nagrody za reżyserię spektaklu 2084 Teatr Powszechny w Radomiu w 2008 r. w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, tytuł Najlepszego Spektaklu dla przedstawienia Elling Teatr Nowy Praga (2007) na czternastym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi, "Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach" zdobył Grand Prix 25 Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej (2019), a także Grand Prix dla spektaklu "Chciałem być" Teatru Powszechnego w Łodzi (2021) na 16. edycji festiwalu Katowicki Karnawał Komedii oraz Grand Prix dla spektaklu "Noce i dnie, czyli między życiem a śmiercią" - Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu (2022) na festiwalu Arcydzieł w Rzeszowie.
Za spektakl "Potop" - Teatr Wybrzeże (2025) dostał nagrodę Marszałka Województwa Pomorskiego za scenariusz i reżyserię.





























To były czasy młodości. Może się już ostro starzeję, bo coraz bardziej przestaję rozumieć logikę współczesnych czasów.