Książka Andrzeja Finkelstina w odcinkach na Podhale24.pl (cz. VII): "Patent na posiadanie broni" - podhale24.pl
Wtorek, 16 lipca
Imieniny: Mariki, Benity, Dzierżysława
Jabłonka
Clear
27°
Wiatr: 2.7 km/h Wilgotność: 50 %
Clouds
28°
Wiatr: 4.212 km/h Wilgotność: 70 %
Clear
28°
Wiatr: 3.312 km/h Wilgotność: 47 %
Clear
28°
Wiatr: 2.34 km/h Wilgotność: 44 %
Clear
28°
Wiatr: 7.632 km/h Wilgotność: 52 %
Clear
27°
Wiatr: 7.056 km/h Wilgotność: 56 %
Jakość powietrza
46 %
Nowy Targ
70 %
Zakopane
36 %
Rabka-Zdrój
Nowy Targ
Dobra
PM 10: 23 | 46 %
Zakopane
Dobra
PM 10: 35 | 70 %
Rabka-Zdrój
Bardzo dobra
PM 10: 18 | 36 %
24.04.2024, 07:49 | czytano: 784

Książka Andrzeja Finkelstina w odcinkach na Podhale24.pl (cz. VII): "Patent na posiadanie broni"

Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Andrzej Finkelstin (pseudonim artystyczny) napisał książkę, której akcja dzieje się pod koniec lat 80-tych. ub. w. w Nowym Targu, choć nie tylko. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie" to luźna opowieść o czasach, których wszystko było inne. Kolejne rozdziały co wtorek na Podhale24.pl. Dziś część VII.

Portret autora autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Portret autora autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Patent na posiadanie broni

Po bardzo pobieżnym szkoleniu wojskowym w zakresie teorii przyszedł czas na strzelanie. Nie było ono uwzględnione w trakcie zajęć teoretycznych, głównie przez to, iż w Poroninie nie było strzelnicy.

W będącej na wyposażeniu muzeum, starej Nysie i w wypożyczonym ze składu opałowego Tarpanie, junacy wożeni byli na strzelnicę do oddalonej o dwadzieścia parę kilometrów. Stłoczeni jak śledzie na tapicerowanych ławkach, wyłożonych lateksową pianką i wyślizganym bordowym skajem, cieszyli się, że czas szybko zleci i że zajęcia wreszcie będą ciekawsze. Zdarzało się też, że dowożono ich enerdowskim Roburem pożyczanym ze szkoły sportów zimowych. Był on wprawdzie bardzo głośny i przeżarty od rdzy, ale za to było w nim sporo miejsca i nikt nie wbijał nikomu łokci w żebra, i nie zionął nieświeżym oddechem w nozdrza. Było to więc o tyle komfortowe, że niektórzy chłopcy przychodzili na służbę z syndromem dnia wczorajszego, patrząc na świat zmęczonym wzrokiem spawacza i odpychającym oddechem. Niestety nie należało to do rzadkości. Niektórzy z nich sprawiali też wrażenie, jakby nie wiedzieli o istnieniu mydła, a wodę używali tylko do przepitki.

Instruktorzy na strzelnicy sprawiali wrażenie jakby wszystko olewali, nie traktując zbyt poważnie młodzieńców z Poronina. W sumie czemu się dziwić? Dobrze, że nikt nikomu przez przypadek nie wpakował kulki, bo ostrej amunicji było pod dostatkiem a dyscypliny brakowało.
Podstawowym narzędziem ćwiczeń był pierwszy polski powojenny pistolet P64 w wersji wojskowej, zwany potocznie CZAKiem. Zdarzało się też, że strzelano z większego pistoletu, chyba z radzieckiego TT, ale były to tak epizodyczne przypadki, że ostatecznie jego nazwy nikt nie zapamiętał.

Szkolenie ze strzelania kończyło się egzaminem. Składał się on z dwóch etapów. Pierwszy praktyczny, rozstrzygnięto od razu na strzelnicy w obecności instruktorów, gdzie każdy uczestnik wykonał określoną ilość trafień i ten etap zakończył się dla wszystkich pozytywnie. Etapem drugim, znacznie trudniejszym od strzelania miało być ustne zaliczenie z teorii i praktyczna obsługa pistoletu przed komisją egzaminacyjną.

Nadszedł więc dzień sprawdzianu. Pod koniec ciepłego października osiemdziesiątego siódmego roku wszyscy z zastępczej służby wojskowej zameldowali się wyelegantowani w nowych mundurach na piętrze administracyjnego budynku muzeum, by stanąć przed komisją i zawalczyć o patent na posiadanie broni. Wyglądali jakby przyszli na bankiet dla kolejarzy, bo na pierwszy rzut oka ich umundurowanie było łudząco do kolejarskiego podobne. Te krawaty, koszule, bluzy, kolorystyka i wszechobecna beznadzieja...
Najbardziej przeżywał to Złotyząb, zwłaszcza fakt, że nie został włączony do komisji. Biegał po schodach jak opętany i do każdego o coś się czepiał. Nikogo to jednak nie dziwiło. Chciał chłopina, by wszyscy wypadli jak najlepiej i nie wystawili mu złego świadectwa. Jednak nikt się nim, zbytnio nie przejmował.

- Do gniewu strach prowadzi... Do nienawiści gniew prowadzi... Do cierpienia nienawiść prowadzi, a na ciemną stronę mocy cierpienie prowadzi. – Powiedział Wacek do Mendesa zmienionym głosem, udając kosmitę, wskazując jednocześnie ruchem głowy spanikowanego Złotegozęba.

- Jezus? – Spytał krótko Medes, wpatrując się z milczącą ciekawością w twarz Wacka.

- Nie, Yoda. – Odrzekł Wacek, dźwigając kąciki ust w chytrym, ledwie opanowanym uśmieszku.
Po chwili oboje dławili się tłumionym śmiechem.

Był akurat na etapie gwiezdnych wojen, stąd ta myśl. Obaj się nią bardzo ubawili, a rozwijająca się między nimi nić porozumienia miała ich wspierać przez najbliższe kilkanaście miesięcy. Nie stali się wprawdzie dzięki temu rycerzami Jedi, ale wyobrażenia mieli podobne; wyalienowani, sprawiedliwi i zjednoczeni w walce z czerwoną stroną mocy.

W wyniku losowania ustalono kolejność wejść. Wacek miał wejść przedostatni. Trochę się denerwował, bo nie był zbyt biegły w obsłudze broni. Większość chłopaków miała z nią już do czynienia wcześniej i dlatego się nie stresowali. Nie brali pod uwagę, że nie jest to egzamin ze strzelania, bo ten przecież mieli już za sobą. Teraz chodziło głównie o teorię, a w tej dziedzinie daleko było im do doskonałości. Wszakże krążąca pokątnie niejedna flaszka wódki dodawała wszystkim animuszu i skutecznie odbierała rozum.

Jednym gościem, który naprawdę się bał, był dwumetrowy Rudolf. Trząsł się jak osika, siedząc skulony w rogu korytarza. Miał świadomość, że nie jest zbyt bystry i że nie przyswoił sobie teorii, co z kolei świadczyło o tym, że nie był aż tak tępy. A podrauszowani chłopcy śmiali się z niego i dokuczali mu.

- Czaja! Czego się głupku boisz? – Szydził Magilla. – Żebyś czasem w gacie nie narobił! Taki wielkolud i taki cykor! – Wtórowały mu przy tym salwy śmiechu głupkowatych przydupasów. - Bozia móżdżek dała, ale nie pofałdowała. Haa, haa... Co Czaja? Wiesz, że największy karzeł na świecie jest twojego wzrostu? Ale on w przeciwieństwie do ciebie niczego się nie boi!

W innych okolicznościach stalowe dłonie Czaji, mogłyby złapać Magillę za frak i postrząsać do utraty tchu, ale nie teraz. Rudolf Czaja był tak wielki i silny, że z pewnością jednym ciosem mógłby zabić człowieka albo przynajmniej okaleczyć. Jednocześnie był tak łagodny i prostolinijny jak małe dziecko. Teraz właśnie czekał, aż światełko w ciemności się zaświeci i strach przeminie. Napięcie na jego twarzy wyrażało lęk nad którym w żaden sposób nie potrafił zapanować. W pewnym momencie zwymiotował na krzesło, ale nie zdążył posprzątać, bo akurat wezwano go przed komisję. Na szczęście stamtąd wyszedł znacznie spokojniejszy, nawet żal do Magilli mu minął. Teorię jakoś zaliczył, a pamiątka po torsjach przywarła do krzesła na czas nieokreślony, nikt bowiem wepchanego pod okno krzesła nigdy nie wymył. Kiedyś nieopatrznie zetrze to świństwo dupą jakiś zbowidowiec, zaproszony na muzealną fetę z okazji jakieś socjalistycznej rocznicy, a w domu będzie się głowił dlaczego gacie, tak cuchną mu rzygami.

Po tym wszystkim Wacek nabrał przekonania, że Magilla jest kanalią. Znacznie bardziej fałszywym niż pęknięta prezerwatywa i miał nadzieję, że kiedyś mu dokopie. Może nadarzy się okazja. Na samą myśl o nim zaciskał pięści i spinał mięśnie śródstopia.
Tymczasem bohater przedpołudnia, Mendes, wyszedł z egzaminu emanując dumą z całej swej niewielkiej postawy. Miał w sobie coś arystokratycznego. Był taki nadęty i pompatyczny. Mimo tego Wacek go uwielbiał. Zresztą z wzajemnością.

- Jak do tej pory byłem najlepszy. – Pochwalił się tłoczącym się wokół niego chłopakom.
- Nikt nawet nie śmiał w to wątpić. Mendes naprawdę był błyskotliwy.
- Jesteś niesamowity... – Powiedział ktoś z grupki.
- Tak wiem. Wiem, że jestem świetny... I lubię to słyszeć. – Dodał bez krzty skromności i wychylił do dna podany przez kolegów kieliszek.

Ostatni na egzamin wszedł Tedi, nie wiedzieć czemu przez niektórych przezwany Fiedorem Olbrychskim. Olbrychskim, być może ze względu na pewne podobieństwo do aktora Daniela, zaś imię Fiedor na zawsze pozostało tajemnicą chrzestnego. Wybełkotał „dzień dobry” i od razu dopadł leżący na stole pistolet. Wacek zadawał tuż przed nim ale nie zdążył jeszcze opuścić pomieszczenia. Leniwe halniakowate południe nie sprzyjało zbyt szybkim działaniom i chociaż zazwyczaj był dość energiczny, w tej chwili umyślenie zwlekał, kierując się niejasnym przeczuciem, że zaraz coś ciekawego się wydarzy. Ociągając się stanął w drzwiach, dyskretnie wszystkiemu się przyglądając. Na tyle, na ile zdążył poznać Tediego czuł, że wszystko było możliwe. Nie mylił się.

Tedi tymczasem, wyjątkowo sprawnie jak na swoje intelektualne możliwości, wbił magazynek w rękojeść, sprawdził stopkę i skierował broń w stronę komisji. Przez kilka sekund stał sfrustrowany celując w szóstkę siedzących za stołem osób i nie mógł przypomnieć sobie co dalej ma zrobić. Najpewniej lęk go sparaliżował. Biedaczysko tymczasem przestraszył ich bardziej, niż oni jego. Kiwając się bezmyślnie, wielokrotnie demonstrował spanikowanemu prezydium w sporym przybliżeniu 9-cio milimetrowy kaliber CZAKa.

Wymierzona w człowieka spluwa zmienia optykę widzenia, to też wszyscy zza zielonego wykwintnego blatu padli na podłogę. Wpierw zrobił się niezły rejwach, a później nastała grobowa cisza. Świszczały jedynie przyśpieszone oddechy leżących obok siebie, nerwowo napiętych ciał. Warto było to zobaczyć. Leżał nawet będący poza tematem, flegmatyczny magazynier, który jakimś dziwnym trafem trafił do tej cudacznej komisji zamiast komendanta. Drżał przerażony z twarzą wciśniętą w łono młodziutkiej sekretarki przywiezionej przez egzaminatorów. Jakiś czas to trwało nim zorientował się do czego tak zawzięcie się tuli, by wreszcie mocno zawstydzonym się odsunąć. Zadarta spódniczka odsłaniała to i owo. Trzeba przyznać, że dziewczyna wabiła kształtami ponętnego ciała i w innych okolicznościach mógłby chcieć skorzystać z okazji i podelektować się dłużej gładką skórą pomiędzy udami, tak blisko miejsca za które wielu mężczyzn dałoby się pokroić, ale teraz nie to mu było w głowie. Zapomniał o tym, że jest facetem. Myślał jedynie, jak się ratować. Ponadto w gatkach ze strachu zdążył już coś zostawić a świadomość, że smrodek szybko go zdradzi, potwornie zawstydzała go i przerażała. Z pewnością jednak, podobnie jak wszyscy leżący obok, przede wszystkim nie chciał dać się zabić sparaliżowanemu Tediemu. Zrobiło się komicznie ale też niebezpiecznie.

Wacek zawsze miał silne poczucie skupiania się na celu a w tym momencie dezorientacja leżących dodatkowo solidnie go zmotywowała. Choć przyznać uczciwie trzeba, że miał moment słabości i przez chwilę odnosił wrażenie, że jego jacht zwinąwszy żagle dryfuje unoszony prądem. Tymczasem kompas w postaci zasad, dzięki któremu nigdy się nie gubił, dał mu siłę do działania. Widząc co jest grane, cichutko i bez słowa zaszedł od tyłu do ogłupiałego Tediego spokojnie wyjmując mu z dłoni pistolet, skierowawszy go wpierw w sufit a zaraz potem przepisowo w podłogę. Perfekcyjna prestidigitatorska robota. Rozbroił go wpierw i sprawdził, a następnie położył na komisyjnym sukiennym obrusie, teatralnie blokując Tediemu dostęp do stołu własnym ciałem. Owszem Wacek miał inklinacje do nadmiernego prezentowania swojej osoby, ale wtedy nikt by go o to nie posądził.

- Można bezpiecznie wstać. – Zwrócił się tonem herosa w stronę wyłożonej na dechach komisji i odczekał, aż ktoś z uprawnionych zabierze broń ze stołu.

Jego wzrok automatycznie skoncentrował się na wciąż jeszcze odsłoniętej konfekcji sekretarki, a raczej na tym czego nie ona skrywała. Co za dziewczyna. Nie mógł oderwać od niej oczu. Pozazdrościł magazynierowi tego co przed chwilą przeżył, bliskiego i niemal intymnego kontaktu. Była szczupła, zgrabna i o tak wąskiej talii, że wydawało mu się, iż mógłby ją objąć dłońmi. Pod ażurową bielizną jej ciało wydawało się bielsze niż gdzie indziej. Skóra sprawiała wrażenie barwy orientalnej oraz wydawała się być miękka i chłodna. Ot takie młodzieńcze fantazje. Marzył o tym by szeptać jej do ucha słowa miłości i widział ją oddającą się mu bez krzty skrępowania. Jej welurowe pantofle na obcasie świetnie komponowały się z ażurowymi figami połyskującymi satyną i stanowiły diabelnie prowokacyjne zestawienie. Żałował, że chwila ta nie mogła potrwać dłużej. Ona tymczasem bardzo zawstydzona podniosła się z podłogi i poprawiła garderobę. „Niezła lufa”, pomyślał nie bacząc już na to, co się przed chwilą wydarzyło i nie myślał bynajmniej o lufie, ledwie co zabezpieczonego P64. Na innych członków komisji nawet nie zwrócił uwagi.

- Proszę przypomnieć, jakie jest pańskie nazwisko? – Wyrwał go z zamyślenia, skonsternowany przewodniczący, nerwowo jeszcze otrzepując z kurzu pomiętą marynarkę. Zapewne zapomniawszy, że przed chwilą odnotowywał je w egzaminacyjnym protokole. Miał przy tym taki wzrok jak kilkuletni Wacek, kiedy pierwszy raz odważył się jechać na rowerku bez bocznych kółek.
- Gawędziarz. – Podpowiedział ktoś z boku.
- Tak, nazywam się Wacław Gawędziarz. – Potwierdził Wacek wyrwany z przesyconych erotyzmem fantazji w których to rolę główną zaczęła odgrywać urodziwa dziewczyna.

Nie odzywając się, czekał na dalszy rozwój sytuacji. Nastała chwila niezręcznej ciszy. Szybko więc wrócił do poprzednich myśli. Oczami wyobraźni widział siebie w glorii i chwale odbierającego uściski od cudownej dziewczyny, a przy tym pełne uznania gratulacje kolegów z uniżonym Złotymzębem na czele i śliniącym się z zazdrości szefem wszystkich szefów.

- Zachował pan zimą krew. Gratuluję. Będziemy o tym pamiętać. - Padły wreszcie, nic nie znaczące i protekcjonalne podziękowania z niejasną deklaracją, rozpinające przydługawą ciszę. - Chociaż, nie było to do końca rozważne. Sporo pan ryzykował. – Kontynuował wyraźnie zabezpieczając sobie ewentualne roszczenia wybawcy, co oznaczało, że odzyskał utraconą przed chwilą pewność siebie. - Jednak liczy się skutek. Gratuluję raz jeszcze i w imieniu nas wszystkich dziękuję.

Przewodniczący nachylając się ponad stołem wyciągnął do niego rękę i mocno uścisnął dłoń, przesadnie potrząsając. Było w tym geście dużo nadmiaru, czegoś teatralnego i socrealistycznego, ale też czegoś co wydawało się wymowne i wreszcie czegoś, co miało znaczyć mniej więcej tyle, co „dziękujemy bohaterze” lub „uratował pan nam życie”, „jesteśmy dozgonnie wdzięczni, itp.” Tak przynajmniej wtedy widział to Wacek i pewnie miał trochę racji. W końcu rozwiązał bezpiecznie problem. Wolałby wprawdzie słowa wdzięczności od tej w skąpych majtkach z jakąś jednoznaczną propozycją, na przykład „jak tylko stąd wyjdziemy, jestem twoja”, ale musiał się zadowolić możliwością dumnego wypięcia piersi i jej ukradkowym spojrzeniem. To nie był amerykański film o dzielnych Marine Corps, to działo się naprawdę. Tymczasem od pozostałych członków komisji również popłynęły słowa uznania, lecz w gruncie rzeczy miał to gdzieś. Na szczęście obyło się bez populistycznych przydługawych gestów, nienawidził i obawiał się swojej reakcji. W głębi duszy wyobrażał sobie jedynie „gratulacje” od sekretarki. Teraz jednak musiało mu wystarczyć jej wciąż zawstydzone spojrzenie. W innej sytuacji może rzuciłby tekstem „ku chwale ojczyzny” lub coś w tym stylu, byleby tylko znaleźć punkt zaczepienia w celu dalszego lansu, ale w tej chwili nic rozsądnego nie przychodziło mu do głowy. Poza tym też, nie chciało mu się zbytnio napinać, bo nie wierzył w to, że mógłby się do niej zbliżyć, a robienie z siebie błazna po tym jak został herosem, nie pasowało mu.

- Teraz proszę zostawić nas samych. - Zwrócił się do Wacka przewodniczący. – Musimy omówić zaistniałe okoliczności. To, co się tu stało nigdy nie powinno się wydarzyć. Pan również niech opuści pomieszczenie. – Powiedział spokojnie do Tediego i opadł ciężko na krześle.

Oczekujący w holu na oficjalny wynik egzaminu wyraźnie się rozemocjonowali. Wiedzieli, że coś się kroi, lecz nie wiedzieli konkretnie co. Wacek po wyjściu, z tylko sobie wrodzoną zdolnością, rozświetlił wydarzenia i rozluźnił atmosferę rozbawiając setnie grupę. Połknął chciwie dwa rozgrzewające karniaki i wpadł w wir opowieści o śmiertelnym zagrożeniu, o miss w welurowych koturnach i jej skąpej bieliźnie oraz o posranym magazynierze. W oczach chłopaków stanął wyżej niż Mendes, choć tak na prawdę, nigdy z nim nie konkurował.

-Bóg stworzył wszystkich ludzi, ale Samuel Colt uczynił ich równymi. - Skomentował to zdarzenie Mendes, kręcąc znacząco głową. Na koniec dodał. – A nasz świecki totalitarny kraj stworzył P64, by Tedi, znany też jako Fiedor Olbrychski, mógł zrównać komisję z ziemią. Niech więc żyje nam Fiedor! Ave Fiedor! Wiwat Tedi, wiwat!
- Niech nam żyje!- Zawtórował ktoś z tłumu grząskim gardłowym głosem.

Chłopaki gruchnęli śmiechem. Mendes przyjaźnie poklepał Tediego po plecach i jednocześnie poprawił wskazującym palcem zsuwające się z nosa okulary. Gest ten był tak specyficzny, jak gdyby zarezerwowany wyłącznie dla niego, podobnie zresztą jak jego ekstra binokle z czarodziejskimi szkłami Calra Zeissa, na które pracował cały zimowy sezon dając prominentnym klientom lekcje na nartach.
Opary alkoholu zadomowiły się w atmosferze budynku na dobre, a ognista woda szaleńczo krążyła w żyłach rozbawionych młodzieńców napędzana przez rozgrzaną młodą krew.

Egzamin zdali wszyscy poza Tedim. Na szczęście dla siebie i innych nie otrzymał biedaczyna pozwolenia na broń. I dobrze. Nie ma się co dziwić, omal nie rozstrzelał komisji. Tedi nie był orłem, ledwie skończył wieczorową podstawówkę i nie było w tym jego winy. Po prostu Bóg takim go stworzył. Tedi był całkowicie niezorientowany i tak nieprzytomny, jakby z powodu jakiegoś nie diagnozowalnego wewnętrznego ucisku cześć krewi nie docierała mu do mózgu. Faktycznie nic do niego nie trafiało. W późniejszych czasach i przy różnych okazjach Mendes wielokrotnie mawiał, że „Tedi ma w głowie total of destruction”, zaś ostatecznie to, iż nie otrzymał jakiegoś tam pozwolenia, wiele w jego życiu nie zmieniło. Ci którzy je zdobyli, broni i tak nigdy nie dostali. Zatem w rzeczywistości dla nikogo nic się nie zmieniło. To tak, jakby mieć prawo jazdy w epoce kamienia łupanego. Na tym właśnie polegał paradoks szkolenia. Wydano kasę, stracono czas i ktoś niemal nie stracił życia, a i tak do niczego to nie prowadziło. No, może poza zdobyciem jakiegoś doświadczenia i komicznych wspomnień.
Reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
komentarze
dodaj komentarz

Komentarze są prywatnymi opiniami czytelników portalu. Podhale24.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Podhale24.pl zastrzega sobie prawo do nie publikowania komentarzy, w szczególności zawierających wulgaryzmy, wzywających do zachowań niezgodnych z prawem, obrażających osoby publiczne i prywatne, obrażających inne narodowości, rasy, religie itd. Usuwane mogą być również komentarze nie dotyczące danego tematu, bezpośrednio atakujące interlokutorów, zawierające reklamy lub linki do innych stron www, zawierające dane osobowe, teleadresowe i adresy e-mail oraz zawierające uwagi skierowane do redakcji podhale24.pl (dziękujemy za Państwa opinie i uwagi, ale oczekujemy na nie pod adresem redakcja@podhale24.pl).

reklama
reklama
Pod naszym patronatem
Zobacz wersję mobilną podhale24.pl
Skontaktuj się z nami
Adres korespondencyjny Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Obserwuj nas