Jak wymyślił to sobie właściciel, Krzysztof Łabuda, to połączenie burgerowni z coctailbarem, restauracji z klubowym klimatem. W weekendowe wieczory będzie przygrywać didżej. Kuchnia nadal będzie czynna, ale będzie też trochę miejsca, by zatańczyć.
Dzieląc się jedzeniem
Konrad Budzyk od półtora miesiąca jako menager przygotowywał się ostro do poniedziałkowego otarcia lokalu. Jak przekonuje, to miejsce ma być inne od pozostałych nowotarskich barów czy restauracji
- Nasz pomysł na kuchnię? To głównie jedzenie do współdzielenia się. Zamawiamy po talerzyku i dzielimy się tym, co zamówiliśmy. Dzięki temu można będzie popróbować różnych dań - tłumaczy.
Jak się okazuje, nie dostaniemy tu typowych dań jak kotlet z ziemniakami i surówką. Ale można zamówić na przykład szaszłyk wieprzowy z sosem chimichurri, do tego frytki czy grillowane warzywa. Samemu można też skomponować pełny posiłek choćby wybierając żeberka, krewetki z chorizo itd. Nie mogło zabraknąć steków, które sami sezonują w specjalnych szafach na sucho przez 40 dni. Są dzięki temu soczyste i smakowe.
W menu oczywiście nie zabrakło też burgerów, ale - jak zapewnia manager - są odmienione - do bułki trafia jeszcze lepsze mięso jak i dodatki.
- Menu w dziewięćdziesięciu procentach przygotowywane jest przez właściciela, który dużo podróżuje, smakuje, jest pasjonatem kuchni z dużą wiedzą - podkreśla Konrad Budzyk. - A jeśli chodzi o formę dzielenia się posiłkiem, można szukać zapożyczeń z kuchni hiszpańskiej, gdzie "wylatuje" jedzenie na środek stołu i każdy sobie coś z tego "udziubie". To bardzo fajny pomysł na posiady, imprezy przy butelce wina - dodaje.
Modny lokal i jego sekretne miejsce
Wcześniej Winner był typową burgerownią w amerykańskim stylu. Dziś klimat i nastawienie na rozrywkę są już zupełnie inne. Styl loftowy, neony jak w klubach. I aspiracje do bycia najmodniejszym miejscem na Podhalu. Ma to być nie tylko świetne miejsce spotkań mieszkańców z całej okolicy, ale właściciele liczą także na przyciągnięcie turystów. Przecież, nie ma to jak dobrze zjeść po wyczerpującej rowerowej eskapadzie czy górskiej wyprawie.
Lokal ma też tajemne miejsce... To salonik VIP, gdzie w luksusowym wnętrzu można urządzić biznesowe spotkanie. Drzwi są zamknięte, a obsługa wchodzi wyłącznie na wezwanie za pomocą elektronicznego guzika.
Zielony konkurent
Konrad Budzyk niegdyś konkurował z Winnerem zupełnie innym menu prowadząc nieopodal przy Krzywej, wegetariański Bar Łan.
- Śmieję się, że Krzysiek wybrał mnie, bo wiedział, że go nie objem, bo nadal nie jadam mięsa, nie piję też alkoholu, więc i tu uszczerbku nie będzie - śmieje się. - Ale ja lubię zarządzać, lubię pracę kreatywną. Właściciel na dużo pozwala, ceni sobie pomysły. Mamy co prawda w menu także wegetariańskiego burgera według mojej koncepcji, ale generalnie trzymamy się "mięsnej" koncepcji. Ja się nie wtrącam do menu, bo od tego jest szef kuchni.
W wolnych chwilach, których ostatnio ma niewiele nadal prowadzi swojego wegetariańskiego bloga: Przepisy dla zielonych. Rok temu wydał swą druga książkę: "Totalnie Tofu". Nadal jest aktywny, choć przyznaje, że w ostatnim miesiącu otwarcie lokalu pochłonęło go niemal całkowicie. To absorbująca praca związana z zatrudnianiem, szkoleniem pracowników, podpisywaniem umów. Jednak wierzy, że teraz, po otwarciu lokalu, będzie miał więcej czasu. Daje sobie jeszcze dwa - trzy miesiące, by wrócić na serio do blogowania.
Wegetarianin w krainie mięs
Czy jednak wieloletniemu wegetarianinowi nie doskwiera zapach smażonej wołowiny? A może go kusi?
- Nie! Ja nie popadam w skrajności. Nie jestem propagatorem wegetariańskiego stylu życia na siłę. Jeśli ktoś chce to super, ale ja sam nie lubię być namawiany na siłę do czegokolwiek - zapewnia Konrad Budzyk, podkreślając, że zapachy "mięsnej" kuchni także mu nie dokuczają.
Józef Figura