Nokaut_ Wieszczka
/Fantástico Chico Blanco/
Jest to historia o tym, jak za fasadą społecznego prestiżu, religijności czy konformizmu może kryć się prawdziwe zło. W historii tej najbardziej powinno niepokoić to, że w pewnym momencie nikt nie odważył się powstrzymać tego zła a przecież byli tacy, którzy o nim wiedzieli. To zło wysyłało wręcz rozpaczliwe sygnały, by je powstrzymać, ale wszyscy do których one dotarły, ze strachu, dla świętego spokoju i z innych, znanych sobie powodów, odwrócili się do nich - tych sygnałów - plecami. Niniejsza, z pozoru głupkowata opowieść, jest więc tak naprawdę o nas wszystkich i ku przestrodze.
W środę przed południem Eufrozyna, kobieta o emploi pewnego amerykańskiego gwiazdora żydowskiego pochodzenia, opróżniwszy z rodowej filiżanki późne espresso, wyszła do sklepu z tkaninami. Na miejscu wybrała piękną czarną gabardynę o gęstym splocie. Dwanaście metrów. Przeciągła palcami po materiale sprawdzając, czy się nie mechaci. Jakość tkaniny zadowoliła ją. Sprzedawczyni, młoda babeczka, o bladej twarzy i cerze delikatnej jak bibułka, uniosła brew w geście satysfakcji a przytuliwszy do siebie przycięty kupon materiału, na moment się zawahała.
- Sporo. - Stwierdziła z uznaniem półgłosem. Po czym głośno dodała. - Na co, jeśli wolno spytać?
- Na pogrzeb męża.
- Ojej. Bardzo mi przykro. Kiedy zmarł?
- Jeszcze żyje.
Słowo ŻYJE wybrzmiało na tyle dramatycznie, że w zagęszczającej atmosferze sklepu można było powiesić siekierę.
Sprzedawczyni na chwilę zamarła, jakby czekała na wyjaśnienie, ale Eufrozyna popatrzyła na nią spokojnie i jakby z lekkim uśmiechem. Może nawet zmroziła ją wzrokiem. W sklepie zrobiło się, nie cicho, ale głucho i tylko wielki zegar udający zabytek z poprzedniej epoki, tykał zabójczo donośnie w głębi pomieszczenia. Tik, tak, tik, tak...
- Rozumiem. - Wymamrotała wreszcie, przerywając niezręczną pauzę, choć było jasne, że niczego nie rozumiała.
Ekspedientka wreszcie wydrukowała paragon bez dalszych pytań, ale Eufrozyna zauważyła, że podała go, nie patrząc jej w oczy. Nie obdarowała jej również tym swoim przemiłym wystudiowanym uśmiechem, podczas którego manifestowała piękne białe uzębienie i który normalnie rozdawała na prawo i lewo, czy trzeba czy nie.
Dwa dni później Eufrozyna trafiła do zakładu pogrzebowego. Wybrała dla męża prostą niedrogą trumnę z surowej sosny, bez dodatków. Pracownik, barczysty typ o wielkich dłoniach i przekrwionych oczach, podsunął jej do podpisania świeżo wydrukowaną umowę i wyraził współczucie. Epatował przy tym oryginalnym amerykańskim oldspajsem zmieszanym z niemałą dawką łyskacza. Cóż, praca jak praca, ale trzeba ją dobrze podlewać, żeby nie zwariować.
- Proszę przyjąć moje kondolencje. - Powiedział nie podnosząc głowy znad biurka. Śmiesznie się przy tym jąkał.
- Nie ma za co. Dziękuję - odparła Eufrozyna, podpisując umowę. - Póki co, jest jeszcze wśród nas.
- Ach... rozumiem - odpowiedział, zawieszając głos. Ale widać było, że podobnie jak ekspedientka w sklepie tekstylnym, nic nie zrozumiał.
Mężczyzna przez moment przyglądał się jej uważnie, jakby miał zamiar zadać pytanie, lecz nie znalazł odpowiednich słów i zrezygnował.
Tego wieczoru, podczas kolacji, Eufrozyna oznajmiła Charlesowi, że wszystko jest już gotowe.
- Gotowe? - spytał zaskoczony.
- Jak to, co? Materiał, trumna, zawiadomienia. Niczym się nie martw.
Powiedziała to tak spokojnie i rzeczowo, jakby informowała o opłaconym rachunku telefonicznym. Charles odłożył widelec i długo milczał. Nagle jedzenie straciło smak, wydawało się cięższe i trudniejsze do przełknięcia.
- Ale o co chodzi? - zapytał w końcu. - Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?
- Nie - odrzekła krótko. - Właśnie dowiedziałeś się wszystkiego, czego trzeba.
- Dlaczego... tak wcześnie?
Eufrozyna wzruszyła ramionami.
- Cóż, człowiek nigdy nie wie, kiedy nadejdzie koniec. Ale ja akurat wiem.
Po tej rozmowie Charles stał się bardziej ostrożny. Wiedział przecież, że Eufrozyna była już trzykrotną wdową. Miała opinię kasandrycznej wieszczki a wszyscy jej mężowie nieboracy, jak na złość, umierali w tajemniczych okolicznościach, zawsze zgodnie z jej przepowiedniami. Budziła lęk, choć byli i tacy, którzy uważali ją za wzór doskonałej pani domu.
Dni mijały powoli jak ruskie zimy. Charles coraz mniej jadł i pił, stawał się bardziej nerwowy wyczulony na każdy szmer. Czasem przerażały go własne kroki. Eufrozyna kilkakrotnie przyłapała go, jak nocą wpatruje się w nią szeroko otwartymi oczami. Raz nawet wyszeptał:
- Ty coś wiesz.
Ale ona udawała, że nie słyszy. Charles natomiast zaczynał się bać naprawdę. Miewał chwile, w których był przekonany, że szybciej trafi do zakładu dla obłąkanych niż do grobu i to z pewnością byłoby dla niego wybawieniem.
Na trzy dni przed śmiercią Charles dziwnie osłabł. Skarżył się na duszności i bóle w piersi. Eufrozyna wezwała lekarza. Ten obejrzał go pobieżnie, spojrzał na nią i rzekł:
- Musi się oszczędzać. - Cokolwiek by to nie znaczyło.
- Niedługo będzie miał aż nadto odpoczynku - odpowiedziała chłodno Eufrozyna.
I rzeczywiście. W środę, o czwartej nad ranem, Charles zmarł. Bez krzyku, bez lekarza, bez świadków, jakby przeszedł tylko do innego pokoju. A wszystko, proszę bardzo, było już gotowe: ubranie żałobne, trumna, miejsce na cmentarzu a nawet stosowne zawiadomienia.
Kiedy ostatni goście opuścili dom po stypie, Eufrozyna usiadła przy biurku i zapisała coś w notatniku. Na samej górze kartki pojawiło się zdanie: materiał na mój pogrzeb zamówić w październiku.
Na mieście ludzie mówili, że Eufrozyna ma szósty zmysł. Jedni sądzili, że to dar, inni, że diabelska przypadłość. Byli i tacy, którzy twierdzili wprost, że wszystko zaplanowała. Szeptano o niej historie mroczne i makabryczne. A to, że jest jakaś fatalna, a nawet, że jest mężobójczynią.
Ona sama mówiła jedynie:
- Nie wierzę w przypadki.
W październiku pojawiła się w sklepie z materiałami i poprosiła o kupon czarnej gabardyny. Sprzedawczyni spojrzała na nią niepewnie, a w końcu, niezbyt rozważnie, zapytała:
- Dla kogo tym razem?
Eufrozyna uśmiechnęła się złowieszczo.
- Jeszcze nie wiem - odrzekła tajemniczo.
A teraz krótka geneza i kilka słów o głównych postaciach.
Eufrozyna uchodziła za kobietę ogarniętą. Cieszyła się w dzielnicy sławą znakomitej kucharki i znachorki, choć tak na prawdę nikt nie znał jej przeszłości. Potrafiła przewidzieć śmierć niejednej osoby, najczęściej własnych mężów. Jej bigos wzbudzał zachwyty, podobnie jak słodycze, którymi częstowała tych, za którymi nie przepadała. Jedno i drugie w szczególnych okolicznościach doprawiała arszenikiem. W rzeczywistości była ofiarą własnych obsesji i pychy, a może po prostu zwyczajną seryjną morderczynią.
Charles natomiast był prostodusznym człowiekiem. Nie miał wykształcenia, bo chodził na wagary z własnym ojcem. Szybko się męczył, bo co dwadzieścia minut odpalał papierosa, niczego nie ćwiczył, a do pracy miał dwie lewe ręce. I, jak to dziś mówią, na wszystko miał wywalone. Ostatnią posadę porzucił po traumie, której nigdy nie zdołał wyprzeć z pamięci. Pracował w firmie szkolącej księgowych w jednym z uboższych krajów, gdzie pracownicy w świetlicach mieli dostęp do komputerów z Internetem, by sobie za darmo poklikać. W przerwach na posiłki siadali z tacami pełnymi stołówkowego jedzenia i wciskali klawisze, zostawiając ślady sosów i tłuszczu. Krótko mówiąc wszystko to lądowało na klawiaturze oraz wokół stanowiska.
Pewnego dnia obok Charlesa usiadł wyjątkowy brudas. Szczególna fleja. Chwilę po zajęciu miejsca poczuł od niego odór nie do zniesienia. Charles szybko zlokalizował źródło smrodu. Koleś najpewniej miał biegunkę, a jej resztki na nogawce i usiadł z tym do komputera. Kiedy zauważył, że coś śmierdzi i namierzył źródło fetoru, strzepnął je ręką, po czym bez żenady tą samą dłonią dalej klikał w klawiaturę. Widok ten wstrząsnął Charlesem tak mocno, że popadł w paniczny lęk. Od tamtej chwili unikał wszystkiego, co choćby przypominało mu o tamtym incydencie. Był to ostatni dzień jego pracy i początek traumy, której nigdy się nie pozbył. Nie próbował nawet terapii, bo uznał, że nic mu nie pomoże. Od tamtej pory został utrzymankiem żony.
I wreszcie podsumowanie.
Klamrą tej opowieści niech będą pieniądze, mamona, złoty cielec. A puentą zdanie, które ktoś kiedyś trafnie sformułował: pieniądze, jak to pieniądze, nie mają przyjaciół ani wrogów - po prostu dogadują się z każdym.
***
Skontaktuj się z nami
+48 796 024 024
+48 18 52 11 355redakcja@podhale24.pl
m.me/portalpodhale24
Adres korespondencyjny
Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Informacje
Obserwuj nas






























