Nokaut_ Jajka w pralce
/Fantastico Chico Blanco/
Pani Lukrecja nie wierzyła w fizykę, bardziej w archeologię, no i była niczym dobry szewc, wiedziała jak z kozaka zrobić pantofla. Dziś okazało się, że ma więcej talentów. Prezentowała pogląd, że populacja miasta, w którym żyje składa się z wysoce bigoteryjnych mieszczan i zakłamanych pozerów prześladujących ludzi kochających inaczej. Nietuzinkowa kobieta, miejscowa indywidualność.
Kiedy instrukcja obsługi pralki ZEFIR-3 zasugerowała jej wrzucenie do bębna trzech piłek tenisowych w celu rozbicia struktury puchu przepięknej puchowej kurtki, Lukrecja prychnęła z taką pogardą, że z wieszaka na korytarzu zjechała cała wisząca na nim garderoba.
- Piłki tenisowe? Ten plebejski włochaty kauczuk, który dotykał głównie brudnej mączki ceglanej na kortach albo nylonowego naciągu rakiety?
W jej pralko-suszarce miało przecież dojść do misterium odnowienia, a nie do jakiegoś amatorskiego meczu debla. Pogładziła się po głowie i pomogła swoim myślom na swobodny przepływ. I pojawił się pomysł. Wyciągnęła z sejfu ukrytego za portretem wyimaginowanego przodka swojego męża, trzy jaja. Pierwsze było błękitne, emaliowane, z miniaturowym powozem w środku "Wiosna Romanowów". Drugie, wysadzane rubinami, skrywało w sobie mechanicznego słowika. Trzecie było skromne, ale złote, warte tyle, co połowa województwa małopolskiego. Wszystkie je otrzymała w spadku dzięki czynnemu udziałowi pradziadka w obaleniu dynastii Romanowów podczas rewolucji lutowej 1917 roku, która to rozpoczęła się w dzień kobiet, to jest 8 marca.
- Do kąpieli, moje maleństwa - szepnęła, wrzucając klejnoty między rękawy pięknej puchowej kurtki w kolorze ultra fiolet.
Zatrzasnęła drzwiczki i wcisnęła program "delikatne". Bęben się zakręcił. Stuk, puk, łubu-du. Pralka zaczęła sapać niczym emerytowany urzędnik ceeru wydrapujący się po schodach na trzecie piętro. Każde uderzenie niosło ze sobą echo egzystencjalnego lęku. To rubinowy słowik właśnie wybijał rytm na łopatkach bębna. Łubu-du, stuk, puk. To złota emalia ścierała się o szary plastikowy filtr, tworząc w wodzie zawiesinę porównywalną z budżetem niejednego ministerstwa. Okna były otwarte a echo głośnej kąpieli niosło się wokół domu. Sąsiad z domostwa obok, pan Paulo, zapukał do okna. Myślał, że to jakiś szybki remoncik. Nie zdawał sobie sprawy, że to historia cywilizacji właśnie wiruje z prędkością 1200 obrotów na minutę, płucząc się z detergentu. Faza płukania wreszcie się skończyła. Lukrecja podekscytowana nie zwróciła uwagi na pana Paula. To był moment, w którym pewien czeski reżyser kazałby swojemu bohaterowi zamienić się w robaka, ale Lukrecja poszła dalej. Otworzyła bęben i poczuła zapach, który był kombinacją ozonu, luksusu i mokrej gęsi. Zaciągnęła się nim. Pan Paulo widząc to wszystko przeżegnał się pobożnie i nie czekając na dalszy ciąg wydarzeń, cichcem podeptał do pana Stanleya, by o wszystkim mu opowiedzieć, ale to odrębna opowieść. Lukrecja następnie włączyła suszenie, ale nie czekając na koniec programu, zniecierpliwiona wyciągnęła kurtkę z urządzenia. Była puszysta. Była wręcz agresywnie napuszona, zaś z rękawów, zamiast piór, zaczęły wypadać małe, diamentowe i złote okruszki. Jaja Fabergé nie wytrzymały starcia z programem "delikatne". Roztrzaskały się w drobny mak, a ich drogocenne wnętrzności, te wszystkie karety ze słowikiem włącznie wbiły się na stałe w strukturę poliestru. Lukrecja założyła kurtkę. Poczuła ciężar, jakby wzięła na swoje barki upadek caratu. Każdy jej ruch powodował chrzęst diamentowego pyłu trącego o ciało. Wyglądała trochę jak bańka choinkowa wysadzana cekinami.
- Idealnie - mruknęła do lustra, które nie wiedzieć czemu nagle pękło, jakby z nadmiaru absurdu. - Masz ci los, znowu siedem lat nieszczęść - zmartwiła się Lukrecja, ale tylko na krótką chwilę, nie biorąc pod uwagę, że pierwsze nieszczęście właśnie trwa.
Wyszła na ulicę a ludzie odwracali głowy, oślepieni blaskiem bijącym z jej kurtki. Zauważyła jednak, że z kurtką dzieje się coś dziwnego. Z każdym krokiem czuła, że kurtka staje się jakby ciaśniejsza i jednocześnie większa, przedziwna i niewytłumaczalna dwoista natura zjawiska. Puch, nasączony sproszkowanym złotem i drogocennymi szkiełkami, zaczął żyć własnym życiem. W dalszej kolejności kurtka tak spęczniała i spuchła, że w końcu Lukrecja stała się wielką, fioletową kulą, toczącą się po chodniku.
- Boże, co to ja czytałam przy śniadaniu? - odwołała się do swojej pamięci Lukrecja. - A już wiem... Nieważne!
Pani Lukrecja, przypominająca teraz fioletowy statek powietrzny, unoszący się jakby dzięki sile wyporu carskiego kruszcu, utknęła w drzwiach mieszkania. Każdy oddech powodował, że diamentowy pył uwięziony w podszewce zgrzytał o ortalion. I właśnie wtedy, na ulicy ponownie, objawił się po szybkiej rozmowie z kolegą sąsiad pan Paulo, człowiek o miłej twarzy, przypominającej roześmianego urwisa. Paulo zastygł z ręką na sztachetce ogrodzenia. Wpatrywał się w Lukrecję, która pod wpływem ciśnienia wewnętrznego i luksusowego wsadu zaczęła lewitować kilka milimetrów nad wycieraczką.
- Wow, pani sąsiadko - wychrypiał, mrużąc oczy od blasku bijącego z okolic, gdzie wbity był rubinowy słowik. - Ja w sprawie tego stukania. Serio myślałem, że pani kładzie parkiet przy pomocy ciężkiego sprzętu, a tu widzę rewia i inwazja z kosmosu.
Lukrecja spróbowała wykonać gest lekceważenia, ale kurtka usztywniona sproszkowanym złotem pozwoliła jej jedynie na sztywny ruch przypominający robota.
- Panie Paulo - odparła wreszcie głosem stłumionym przez ucisk puchu. - Pan ma chyba uczucia wełnianego koca. To, co pan słyszał, to nie było stukanie. To był upadek imperium Romanowów w cyklu szybkiego wirowania.
Gdy to mówiła, coś z jej kurtki odpadło.
- Pani sąsiadko, z pani sypie się biżuteria jak łupież - zauważył przytomnie pan Paulo, schylając się po miniaturowe, złote kółeczko od powozu, które właśnie wytoczyło się z jej rękawa. - To jest złoto? Czy to jakaś nowa prowokacja modowa?
Lukrecja nagle poczuła, że jedna z rubinowych drzazg boleśnie wgryza się jej w pośladek. Cichutko nawet zakwiczała, ale tak, żeby nie dać po sobie tego poznać. Rozum w jej głowie podpowiadał jej, że to kara za pychę i niedorzeczność, natomiast beztroska kazała jej się po prostu zaśmiać w twarz nieszczęśnika o ile pana Paolo można było nieszczęśnikiem określić.
- To jest prowokacja, panie Paulo! - krzyknęła wreszcie poklepując się po kołnierzu i w tym momencie z kołnierza wystrzelił obłok diamentowego pyłu, osiadając na gładziutkiej łysinie sąsiada niczym luksusowa szadź. - Ja nie piorę odzieży, ja ją uszlachetniam! To pan pierze swoje galoty w jakichś mydlinach, ja zaś kąpię moją garderobę w szlachetnym kruszcu!
- Tere, fere... - bąknął i wykrzywił się sąsiad miętoląc w palcach kółeczko od powozu, lekko oszołomiony drobinkami w oczach i nagłym przyrostem majątku na własnej skórze.
Pan Paulo zaczął się drapać po głowie i przecierać oczy, przez co diamenty i złoty pył zaczęły chrzęścić mu pod palcami. Wyglądał teraz jakby ktoś posypał go gwiezdnym pyłem. I wreszcie pojął obserwowane przez siebie zjawisko.
- Ale ta kurtka... ona panią zje, sąsiadko - wykrztusił, cofając się przed pęczniejącą fioletową masą. - Ona nie mieści się już w drzwiach. Zaraz zablokuje pani wejście do domu i co wtedy? Wezwiemy straż pożarną czy jubilera? A może konserwatora zabytków?
Lukrecja, ignorując go, używszy całej siły przecisnęła się przez drzwi i zaczęła toczyć się w stronę schodów. Każdy stopień generował dźwięk ześlizgującego się puchu, wirującego tłuczonego szkła i metalu oraz coś na kształt regularnych jęków. Była teraz ucieleśnieniem absurdu, fioletową kulą ulepioną z piór i luksusu, która w pogoni za czystością stała się cięższa niż własne przewidywania.
- Niech pan pilnuje swoich galotów, Paulo! - rzuciła przez ramię, a raczej przez to, co jeszcze przed momentem ramieniem było. - Ja właśnie wyruszam do piekarni po pieczywo, a każda moja okruszka będzie warta więcej niż całe pana życie!
Pan Paulo pokręcił głową z niedowierzeniem i nic nie rzekł, bo nic mu nie przychodziło do głowy. I potoczyła się dalej, zostawiając za sobą smugę złotego pyłu oraz zaniemówionego sąsiada, który w przypływie nagłego obłędu zaczął zbierać do pudełka po zapałkach diamentowy pył z poręczy. Gdy Lukrecja toczyła się ku piekarni, w zaciszu łazienki niewyłączony przez zapomnienie z prądu ZEFIR-3 przechodził metamorfozę, o jakiej nie śnili inżynierowie z zakładów sprzętu zmechanizowanego. Pralka, dotąd potulna, nagle zaczęła wydawać dźwięki przypominające recital grany na pile tarczowej. Resztki carskiego skarbu, które nie zdążyły zadomowić się w kurtce Lukrecji, osiadły na filtrze. Była to mieszanka wybuchowa: rubinowe opiłki, mechaniczne sprężynki i płynne złoto, które pod wpływem temperatury i detergentu stworzyło nową formę domowej inżynierii. Filtr, dotąd zapchany jedynie kłaczkami skarpet i innej domowej konfekcji, teraz lśnił niczym główny ołtarz w macierzystej parafii Lukrecji. ZEFIR-3 poczuł nagle, że nie jest już zwykłym sprzętem AGD. Złoty osad pokrył grzałkę, sprawiając, że woda do płukania zaczęła wrzeć szlachetnym blaskiem. Nagle, z donośnym kliknięciem, pralka wypluła swój dotychczasowy filtr. Nie był to już plastikowy gadżet. Na kafelki wypadł przedmiot przypominający order państwowy wykonany z resztek emalii i złota. Urządzenie, osiągnąwszy stan arystokratycznego oświecenia, odmówiło dalszej pracy przy praniu. Zastygło w majestatycznym bezruchu, emanując zapachem mydlin i płynu do zmiękczania tkanin. Kiedy wieczorem Lukrecja wróciła do domu, odrapana, lżejsza o kilka cennych artefaktów, które zajumali jej z rękawów przechodnie i bez chleba, gdyż zapomniała portmonetki, zastała w łazience martwy pomnik swojej pychy. Jej ZEFIR-3 stał się relikwiarzem, którego nie dało się już ani włączyć, ani naprawić.
Kto próbuje wyprać pospolitą codzienność w luksusie absolutnym, ten ostatecznie zostaje z brudnym, zniszczonym praniem i zepsutą pralką. I lepiej jej było wrzucić do pralki te przeklęte piłki tenisowe. Jeśli używa się cennych historycznych artefaktów do rozbijania kołtunów w puchowej kurtce, nie powinniśmy dziwić się, że w końcu historia rozwali nas. A kurtka, cóż? Nawet ta najdroższa i tak ostatecznie pozostanie tylko kurtką.
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
***
Skontaktuj się z nami
+48 796 024 024
+48 18 52 11 355redakcja@podhale24.pl
m.me/portalpodhale24
Adres korespondencyjny
Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Informacje
Obserwuj nas



























