Czy to były nuty mistrza Jana, czy Kantego.... Urodzinowy koncert kompozytora (zdjęcia)
Jest zgoda radnych - Miasto kupi dom rodzinny Jana Kantego Pawluśkiewicza
Zawiadując wówczas działem wydawniczym w "ukochanej" przez kibiców krajowej centrali piłkarskiej, żyłem głównie piłką i uzasadnionymi obawami o klęskę naszych kopaczy podczas EURO 2012, toteż nasze tematy nieuchronnie sprowadziły się do futbolu, jednak po solidnej hokejowej zakąsce. Bo hokej był dla nas nowotarżan zawsze daniem podstawowym, tak jak duma z naszych podhalańskich korzeni.
Janek wtedy stanowczo podkreślił, że jest dumny ze swego pochodzenia i nigdy się go nie wypierał. "- Gdyby było inaczej, byłbym pretensjonalnym dupkiem i proszę tego nie wykreślać..."
- Hokej w tamtych czasach to było całe nasze życie i oczywiście, nie mogło mnie tak zabraknąć - wspominał. - Jako licealiści graliśmy w Starcie, a była to druga w Nowym Targu hokejowa siła. Cracovia była wówczas drugoligowa, a był też taki mecz z Górnikiem Wieliczka, który wygraliśmy 33:1 i sam wtedy strzeliłem parę goli. Żal mi ich było, bo nawet rękawic nie mieli, a kilka kijów sami im pożyczyliśmy. Po hokeju została mi nawet pamiątka - ubytek w szczęce i to samobójczy!
- Kiedy przychodziło lato, kopało się piłkę, ale niechętnie patrzono na to przy placu gimnazjalnym, szyby w oknach dostojnego C.K. budynku były dość spore, woleliśmy nie ryzykować. W piłkę graliśmy więc w parku na tzw. kole. Było mi to bardzo na rękę, bo tuż obok mieściła się szkoła muzyczna, do której rodzice mnie posyłali, a ja pilnie do niej uczęszczałem, zwłaszcza latem. Czasem się tylko dziwili, gdy wracałem z lekcji muzyki trochę spocony i nieco zakurzony... Gwoli sprawiedliwości: zostawało jeszcze trochę czasu na naukę, a to i tak się opłaciło, bo sprawność fizyczna i kondycja zawsze jest potrzebna, szczególnie w muzyce - podkreślił Mistrz.
Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte w Krakowie były najważniejszym okresem w życiu Jana Kantego Pawluśkiewicza. Ukończony Wydział Architektury był rodzinnym alibi, bowiem przyszłość swą widział w muzyce. Ten czas jest dobrze znany i udokumentowany w jego biografii, toteż omijam w opisie Anawę, Piwnicę, Teatr STU i muzyczny udział w krajowej filmotece; telewizyjne przebitki uspokajały obawy o przyszłość pierworodnego syna ze strony mamy Zofii. Wracamy więc do sportu i do piłki nożnej.
- To był też czas Orłów Górskiego, a uniesienia pomeczowe trwały czasem do rana. Udało mi się na żywo obejrzeć mecz w Chorzowie z Walią we wrześniu 1973 roku i taki gość z brodą, którego nazwisko zapamiętałem dlatego, że nazywał się ...Hockey. Za brzydki faul wyleciał z boiska, a my im dołożyliśmy 3:0, a miesiąc później było Wembley; my to na swój sposób przeżyliśmy i bodaj jedyna płyta muzyczna na świecie, naszej Anawy, ma na okładce datę słynnego meczu. Wiąże się z tym niezapomniane dla mnie przeżycie, bo kiedyś, gdy mieszkałem obok byłego krakowskiego piłkarza Janusza Sputo, ktoś za płotem przy grillu dość żywo perorował z charakterystycznym akcentem i swadą; głos wydał mi się znajomy. Podejrzałem przez szparę w płocie i serce zabiło mi mocniej - za płotem podgryzał kiełbaskę nie kto inny, tylko Kazimierz Górski! Porwałem naszą unikalną płytę i pobiegłem z nią do sąsiadów, choć mnie tam przecież nikt nie zapraszał! Pan Kazimierz ze zdumieniem obejrzał krążek i skomentował: -Nu rzeczywiście, takiej jeszcze nie spotkałem! Podpisał się na okładce i z roztargnienia wpisał datę ...meczu na Wembley!
Dyskusja podczas tamtej urodzinowej kolacji, oprócz sportu, nie mogła zahaczyć o osobiste wspomnienia zawodowe, wciąż żywe od powstania słynnych "Nieszporów Ludźmierskich" i wielkiej fiesty na nowotarskim Rynku z okazji 650-lecia Miasta z udziałem całej plejady gwiazd krakowskiej elity artystycznej. A my przecież niebawem będziemy świętować 680-lecie...
Jan Kanty Pawluśkiewicz jest jedną z jaśniej świecących w tej konstelacji, toteż należy blask ten oprawić, ciesząc się, że mamy u siebie artystę tego formatu. Wbrew niektórym komentarzom chylę czoła przed areopagiem miejskich archontów, którzy przyłożyli stempel na projekcie, który może stać się ważnym punktem na kulturalnej mapie miasta, które już niestety hokejem, kożuchami i lodami nie stoi. Pawluśkiewicz grał w hokeja, zimą chodził w baranicy, a lody są tradycją po kądzieli w rodzinie Jarkiewiczów, lecz nie z tego zna go pół świata. W chwili, gdy piszę te słowa, Maestro zwiedzał wystawę, poświęconą Federico Felliniemu w Rimini, to taki prezent urodzinowy.
Ale gdy Mistrz przyjeżdża do swojego miasta, zawsze dzieje się w kulturze coś pożytecznego, odkrywamy się na sztukę plastyczną i muzykę przede wszystkim, a w tej dziedzinie są powody do dumy, gdy na scenie Miejskiego Centrum Kultury odkrywamy młode talenty muzyczne i wokalne, których nie brak na naszym Podhalu. Na kulturę nigdy nie powinno brakować pieniędzy, bez niej nasze życie stanie się uboższe i do tego, obok wielu rodzimych animatorów, Jan Kanty jest nieodzowny, a sił u niego jeszcze dostatek i zawsze mu coś w duszy gra...
Jacek Sowa


























