Książka Andrzeja Finkelstina w odcinkach na Podhale24.pl (cz. X): "Przewodnik i fan klub Lenina" - podhale24.pl
Piątek, 24 maja
Imieniny: Joanny, Marii, Zuzanny
Jabłonka
Clouds
12°
Wiatr: 2.772 km/h Wilgotność: 95 %
Clouds
13°
Wiatr: 1.512 km/h Wilgotność: 92 %
Rain
13°
Wiatr: 2.484 km/h Wilgotność: 96 %
Rain
13°
Wiatr: 2.628 km/h Wilgotność: 97 %
Rain
15°
Wiatr: 2.376 km/h Wilgotność: 95 %
Rain
12°
Wiatr: 4.644 km/h Wilgotność: 91 %
Jakość powietrza
12 %
Nowy Targ
30 %
Zakopane
30 %
Rabka-Zdrój
Nowy Targ
Bardzo dobra
PM 10: 6 | 12 %
Zakopane
Bardzo dobra
PM 10: 15 | 30 %
Rabka-Zdrój
Bardzo dobra
PM 10: 15 | 30 %
14.05.2024, 08:00 | czytano: 465

Książka Andrzeja Finkelstina w odcinkach na Podhale24.pl (cz. X): "Przewodnik i fan klub Lenina"

Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Andrzej Finkelstin (pseudonim artystyczny) napisał książkę, której akcja dzieje się pod koniec lat 80-tych. ub. w. w Nowym Targu, choć nie tylko. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie" to luźna opowieść o czasach, których wszystko było inne. Kolejne rozdziały co wtorek na Podhale24.pl. Dziś część X.

Portret autora autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Portret autora autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Przewodnik i fan klub Lenina

Czasami zdarzało się, że do białodunajeckiego skansenu przyjeżdżały wycieczki bez przewodników. Zawsze był z nimi problem, bo wtedy trzeba było ściągać przewodników z Poronina, o ile któryś z nich był akurat w tym dniu dostępny lub miał ochotę popracować. W samym Białym Dunajcu na stałe ich nie zatrudniano, gdyż pomimo panującego rozdawniczego systemu socjalistycznego, jakoś dziwnie współgrało to z nieobowiązującymi jeszcze w Polsce kapitalistycznymi prawami ekonomii. Swoją drogą, ciekawe kto na to wpadł? Ale ponieważ wszystko w nadwiślańskiej ojczyźnie nie działało zbyt płynnie, by nie spiętrzać powtarzających się co jakiś czas napiętych sytuacji, komendant uprzejmie poprosił Wacka i Mendesa by wprawdzie nieoficjalnie, jednak mimo wszystko, jako reprezentanci instytucji, informowali zwiedzających w zakresie posiadanej wiedzy o samym muzeum i jego historycznych lokatorach. Krótko mówiąc uznał, że są na tyle rozgarnięci, że mogą od czasu do czasu „za friko” i bez oporu oprowadzić wycieczkę. W związku z tym czasami przymykał oko na ich fuszerki. Zrobił z nich darmowych przewodników, odciążając tym samym zawodowych, tych pierdzących w stołki i przysparzających swoim nieruchawym tyłkom dolegliwości proktologicznych.
Wacek, co warto podkreślić nawet to lubił, zwłaszcza że dzięki temu nie musiał nosić okropnego munduru straży przemysłowej i mógł udawać kogoś, kim w rzeczywistości nie był. Opowiadał ludziom skończone sofizmaty, świadomie dowodząc nieprawdy i kpił sobie z wodza rewolucji, doskonale się przy tym bawiąc. Mendes zaś oburzał się na to wielce i często nazywał sprawę po imieniu, żaląc się Wackowi na komendanta. Uważał się za wielce „wydymanego” i nie chciał się za nic w świecie (jak on to nazywał) prostytuować. Mimo tego, gdy zaszła potrzeba, ochoczo wcielał się w rolę przewodnika i grzecznie oprowadzał wycieczki oddając się im za darmo niczym niepożądana już przez nikogo „pachnąca zwiędłymi liśćmi” rajfurka. Chwalono go za to ogromnie i w głębi duszy imponowało mu to, gdyż jego ego lubiło być łechtane. Cóż, w kwestii wielkości ego idealnie z Wackiem się dobrali, obydwaj byli próżni i łasi na pochwały.

Pewnego zimowego poranka, tuż po objęciu służby przez Wacka i Mendesa, przed drewnianą bramą muzeum zatrzymał się dosyć elegancki jak na lata osiemdziesiąte autokar. Wysypała się z niego gromada młodzieży i trzy niewiele starsze od nich opiekunki. Kierowca z czwartym opiekunem pozostali w aucie. Zapalili po papierosku i rezygnując z opowieści o Leninie spoglądali na budynek zza szyb pojazdu. Szkoda, bo ominęła nich rozbrajająca opowieść.

Wacek, wciąż jeszcze debiutant kawowy niebyty z działaniem kofeiny, odstawił pełną fusów szklankę i rzucił monetą. Wirujący na blacie biurka awers dwuzłotówki z błyszczącym w świetle lampy dumnym orłem uświadomił mu, że to na niego kolej. Narzucił więc na siebie wełnianą katanę w renifery, skrojoną na wzór sportowych marynarek, owinął szyję granatowo żółtym szalem wydzierganym na drutach przez jedną z koleżanek z miastowej bohemy i wyszedł przywitać przybyłych. Poruszając się dumnym krokiem wyglądał niczym rewolucyjny poeta. Skórzane sztyblety „made in poland”, może i nie układały się na podbiciu idealnie, jednak budziły respekt i dodawały mu powagi. Szal powiewał niczym mały sztandar a czarny kaszkiet z miękkiej bydlęcej skóry uszlachetniał i tak już dosyć oryginalny wizerunek. Tylko te śmieszne, niebieskie renifery wokół dolnych odszyć katany gryzły się z pozostałymi częściami garderoby.

Mendes też się ubrał, poprawił swoim zwyczajem palcem szkła na nosie i opuścił dyżurkę. Wiedział co nastąpi i nie chciał rezygnować z przedstawienia. Lubił słuchać głupocin w wykonaniu Wacka. Uważał je za przejaw braku odpowiedzialności, młodzieńczej brawury ale też inteligencji i niezwykle barwnej wyobraźni. Zawsze dowiedział się czegoś nowego i w pewnym sensie zazdrościł mu swobody w wysławianiu się oraz nawiązywaniu kontaktów. Wiedział, że w zależności od rodzaju zwiedzających, poziom bajek będzie wzrastał lub będzie się obniżał. W tym wypadku trzy urodziwe opiekunki gwarantowały świetne przedstawienie i wysokiej klasy aktorski popis. Nie mylił się, Wacek poszedł na całość.

- Pewnej kwietniowej nocy... – Zatrzymał się Wacek, tuż po tym jak wszystkich przywitał, zerkając odważnie w twarze słuchaczy. - Dosyć dawno temu, a konkretnie w drugiej połowie XIX w., w nikomu nieznanym azjatyckim zaścianku w rodzinie uszlachconego nauczyciela i jednocześnie inspektora szkół ludowych urodził się długo oczekiwany syn. – Zawiesił głos ponownie, niczym zawodowy aktor w teatralnym spektaklu.

Stuprocentowo był aktorem odgrywającym rolę życia, napisaną przez siebie i przez siebie wyreżyserowaną. Poprawił spadającą na oczy czapkę i obniżył głos chcąc wybrzmieć jak spiker radiowy.

- Ku ogromnemu zdumieniu rodziców – ciągnął obserwując słuchaczy - miał wyjątkowo mocne azjatyckie rysy, chociaż po matce był koktajlem szwedzko, niemiecko, żydowskim, a po ojcu typowym wschodnioeuropejskim indoeuropejczykiem. Niestety były to czasy, kiedy nikt jeszcze nie znał się na aberracjach chromosomowych, objawiających się nadliczbowym chromosomem pary 21-szej. Dostrzeżono, więc u chłopca jedynie efekt końcowy owego błędu, to jest zmarszczki fałdu powiekowego oraz wyraźnie rzucające się w oczy skośne ustawienia szpar powiekowych nadające twarzy wygląd przypominający rysy rasy mongolskiej.

Znowu przerwał. Kontrolował, czy w szeroko otwartych oczach słuchaczy echo wypowiedzianych łgarstw właściwie się rozprzestrzenia. Zaczął nieźle i był z siebie zadowolony. W rzeczywistości nie była to zupełna improwizacja. Sporo czasu poświęcił na przygotowanie tej inscenizacji i jak myśliwy polował na okazję by ją animować.

- W późniejszych latach wyszły na jaw jeszcze inne wady, takie jak częściowy niedorozwój umysłowy, szerokie i krótkie dłonie, zaburzenia linii papilarnych i oraz niedorozwój wewnętrznych narządów płciowych, który to ostatecznie zadecydował o braku potomstwa.
- Mam pytanie. – Odezwał się cieniutki głosik z tłumu.
Dziewczynka niższa od pozostałych wysunęła się na czoło grupy.
- Proszę, o co chciałabyś zapytać? – Protekcjonalnie zareagował Wacek.
- No, bo skoro ten chłopiec miał takie wady, to czemu lekarze nie nic nie zrobili? No i km był właściwie ten chłopiec?
- Kim był? Do tego dojdziemy nieco później. Jednakże odpowiadając na pierwsze pytanie, śpieszę wyjaśnić, że mankamentem tamtych czasów było to, iż nie zorientowano się o błędzie genetycznym u chłopca, bowiem nauka zajmująca się taką problematyką jeszcze nie istniała. - Odpowiedział Wacek szarmancko, unosząc się na wyżyny elokwencji. - Zaletą tych czasów zaś było to, że mimo braku podobieństwa do rodziców, ostatecznie przeszło się nad tym problemem do porządku dziennego. Ludzie nie byli tak światli jak dzisiaj. No, może poza jednym, historycznie nieistotnym, szczegółem. Otóż, ojciec, dostojny inspektor szkół ludowych, chciał zabić matkę za to, że zdradziła go z jakimś Mongołem, chociaż nie wiedział jak do tego mogło dojść, gdyż po pierwsze nie było w okolicy żadnych Mongołów, a po drugie wiedziony chorobliwą zazdrością, zaraz po ślubie zamontował jej wiecznie rdzewiejący pas cnoty. Bijąc ją, popychając i targając z furią, za nic nie dawał wiary jej wyjaśnieniom i zapewnieniom o wierności. Dawał tym samym nieskrywany wyraz swej frustracji i zranionej męskiej dumy. Cóż, uznał, że cuda niepokalanego poczęcia się nie zdarzają. No może jeden, jedyny raz w historii, ale to bardzo odległy w czasie temat. Raczej ma on związek z innym narodem i ze zdarzeniami nadprzyrodzonymi wywołanymi okolicznościami związanymi ze zbawieniem ludzkości.

Tymczasem on nie posądzał żony o aż tak bliski kontakt z Bogiem, choć w jej żyłach też płynęło odrobinę krwi narodu wybranego. Ostatecznie pogodził się z myślą o przyprawieniu sobie rogów, przyjął na łono swej rodziny, jak mniemał bękarta i postanowił wychować jak swojego. W taki oto sposób chłopiec zastał chowańcem dostojnego inspektora szkół ludowych. Dano mu imię Władimir. Dzieciak od samego początku przejawiał dziwne i mocno odchylone zachowania a jego ulubionymi zabawkami były młotki i nikt nie był w stanie przewidzieć, do czego doprowadzi to w przyszłości.

Wacek znowu przerwał. Zaschło mu w gardle. Nastała idealna cisza. Widać na serio zainteresował słuchaczy. Podprowadził grupę przed symbol rewolucji, wskazał go ręką i znowu zaczął.

- Młotek! Jedno z najstarszych narzędzi używanych przez człowieka, służące do uderzania w materiał w celu jego obróbki, stał się nieodłącznym atrybutem małego Wołodii. Tak, mówimy o Wołodii. – Tu spojrzał i delikatnie ukłonił się przed dziewczynką, która przed chwilą miała odwagę zadawać pytania a następnie dalej kontynuował. - Chłopiec nieustannie z pietyzmem i czułością tulił ten młotek do serca. Obuch i zintegrowany z nim trzonek, stanowiły najlepszą w świecie zabawkę dla malca. Kiedy podrósł i wreszcie przemówił, jego pierwszym wypowiedzianym słowem był rzeczownik: molotok czyli młotek. Ojciec wprost dostawał szału na widok dziecka z młotkiem. W końcu jednak odpuścił i pozwolił na poszerzanie wiedzy chłopca w problematyce młotków. Z czasem nawet zaczął zabierać go na wycieczki do różnych kuźni i fabryk, gdzie podstawowym narzędziem pracy były młoty. W salonie swego, niezbyt dużego urzędniczego mieszkania urządził mu kolekcjonerski gabinet. Zgromadził w nim dziesiątki różnych młotków. W kolekcji znalazły się między innymi: młotek blacharski, ciesielski, murarski, stolarski, młotek kuchenny, rzeźbiarski, jubilerski, kamieniarski i zegarmistrzowski, młot bojowy a nawet sierp i młot. A wszystko to było pięknie oprawione i opisane.
Wycieczka tymczasem przemieściła się pod witryny upamiętniające edukację wodza.

- Jakimś dziwnym trafem, wbrew naturze i współczesnej wiedzy, chłopiec się rozwijał jako tako, żeby nie rzec, dobrze. Rozwijał się wprawdzie trochę wolniej niż inne dzieciaki i w trochę innym kierunku, ale jednak rozwijał się. Udało mu się nawet skończyć szkołę średnią, niewykluczone jednak, że udało się to dzięki wpływom swojego ojca inspektora szkół ludowych. Szokiem jednak dla wszystkich było to, że dostał się na studia, choć oczywiście nie bez problemów. Tymczasem w jego pokręconym genetycznie umyśle lęgły się przeróżne nierealne teorie i idee. Bez przerwy perorował o jakiejś dziwnej równości mas dzierżąc w dłoni młotek tak mocno, że sok z trzonka wyciskał. By móc zrealizować te teorie, trzeba by wyciąć w pień setki tysięcy ludzi i dopóki były to teorie opóźnionego studenta, nikomu nic nie groziło. Jednak pewnego dnia, oczarowany działaniami swojego brata, został działaczem rewolucyjnym. Gdy więc banda nawiedzonych głupków przyłączyła się do niego, założył ugrupowanie polityczne, a jej symbolem stał się sierp i młot. Sierp i młot jako znak ludowładztwa symbolizować miał ideę dyktatury, realizowaną poprzez rządy młotowatych robotników i sierpowatych chłopów. Zatem, gdy uznano go za wroga ówczesnej władzy przyjął tajny, nikomu nieznany pseudonim, a utworzył go od nazwy syberyjskiej rzeki Leny płynącej w innym niż Wołga, północnym kierunku. I w taki oto sposób nasz Wołodia z powodu nadliczbowego chromosomu został teoretykiem i ideologiem idioideomizmu, i jak się później okazało jego teorie nie wzięły się znikąd.

W grupie zwiedzających dało się słyszeć szmery. Chyba wreszcie załapali. Czasami ktoś głośniej zachichotał, jednak nikt nie zadawał pytań. Czekali na kpin ciąg dalszy.

- Tymczasem w innej, bardziej cywilizowanej i nieco milszej części świata, a konkretnie na terenie Niemiec, żyło dwóch trochę starszych od naszego Wołodii luzaków. Obaj panowie byli raczej całkowicie normalni, chociaż, co dziwne, jeden utrzymywał drugiego wraz z rodziną i tak naprawdę nie wiadomo dlaczego, czy to z miłości, ze zwyczajnej filantropijnej dobroci, czy też z jakiegoś innego bliżej nieokreślonego powodu. Jako, że chcieli być sławni, a nie chciało się im zbytnio pracować zaczęli wymyślać różne populistyczne teorie. Starszy z nich Karol, luteranin z żydowskim korzeniem był wykształciuchem, lubił kobiety, wino i śpiew. Młodszy, Fryderyk, bardziej ascetyczny, był synem właściciela zakładów włókienniczych w Anglii, a że nie skończył żadnej przyzwoitej szkoły poza podstawówką został twórcą socrealu nieukowego. Mało tego, stworzył pojęcie materiału dietetycznego dla mas. Jak więc wynika z naszej opowieści, twórcą tak ważnego nurtu w teorii mas został nieuk i próżniak. Dowiedziawszy się o nich nasz wschodni bohater Wołodia, przeczytał wszystkie ich zamajaczone i zagmatwane wypociny. Niestety, wziął je zbytnio do siebie, zaadoptował i przystosował do wschodnich warunków. Dzięki tej wiedzy opanował spragniony populizmu lud kraju w którym mieszkał. Rozpętał wszechobecny terror, wyrżnął większość opozycjonistów, burżujów, duchownych i innych zbędnych w społeczeństwie wykształciuchów. Upaństwowił przemysł i zniósł gospodarkę rynkową. Krótko mówiąc, spieprzył wszystko, co można było spieprzyć. Mało tego, dążył do zniesienia, tak ukochanego przez wszystkich, pieniądza. Na szczęście nie udało mu się to. Za pomocą bandy zacietrzewionych i mściwych głupków, przy wykorzystaniu zagarniętej władzy i uznanej za swoją, teorii Karola i Fryderyka, zniweczył przyszłość sporej części świata. Szkoda tylko, że miał tylu wiernych, pełnych zapału naśladowców takich jak: Mao Tse Tung, Che Guevara czy Castro. Jak można się domyślić, wszystkiemu winny okazał się splot różnych okoliczności; specyficzny bukiet złożony z ciemnoty ludzkiej, z żądzy władzy, zacietrzewienia, nienawiści, ubóstwa, głodu, marzeń, braku sprawiedliwości społecznej i być może z braku dodatkowego chromosomu 21-szego.

Zaległa cisza. Potem ktoś z tłumu zaczął bić brawo. Wacek ukłonił się. Wycieczka w niemal zupełnej ciszy obejrzała resztę eksponatów i udała się do autokaru. Wacek stał i patrzył jak wsiadają do pojazdu. Silnik zastartował i autobus odjechał. Zamyślony Gawędziarz jeszcze chwilę stał nieruchomo i patrzył za znikającym na zakopiance autokarem. Stygł po gorącej mowie i upajał się doskonałością swego kunsztu. Po chwili obrócił się i spojrzał pytająco na oglądającego zajście kolegę.

- Inspirujący występ. Nie sądzisz, że za takie gadanie możesz kiedyś beknąć? – Zapytał Mendes. W jego głosie pobrzmiewała nuta pewnej troski i jednocześnie wyczuwalne zadowolenie z udanego występu kumpla. – Módl się raczej, żeby nikt się o tym nie dowiedział.
Wacek roześmiał się.
- Szczerze mówiąc, pewien facet ogromnie podobny do komendanta poprosił mnie o taką przysługę a w domyśle dał mi wolną rękę. Już otworzyłem usta, żeby posłać go do diabła, ale zamiast tego wyrwało mi się: „tak jest, panie komendancie, oczywiście”. Zatem sądzę, że wolno mi gadać to i owo...

Mendes roześmiał się po raz pierwszy tego dnia i zdjął zaparowane okulary.
- Witamy w klubie.
Reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
Zobacz także
komentarze
Smok19:04, 14 maja 2024
Kto przybiera sobie na pseudonim żydowskie nazwisko?
dodaj komentarz

Komentarze są prywatnymi opiniami czytelników portalu. Podhale24.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Podhale24.pl zastrzega sobie prawo do nie publikowania komentarzy, w szczególności zawierających wulgaryzmy, wzywających do zachowań niezgodnych z prawem, obrażających osoby publiczne i prywatne, obrażających inne narodowości, rasy, religie itd. Usuwane mogą być również komentarze nie dotyczące danego tematu, bezpośrednio atakujące interlokutorów, zawierające reklamy lub linki do innych stron www, zawierające dane osobowe, teleadresowe i adresy e-mail oraz zawierające uwagi skierowane do redakcji podhale24.pl (dziękujemy za Państwa opinie i uwagi, ale oczekujemy na nie pod adresem redakcja@podhale24.pl).

reklama
reklama
Pod naszym patronatem
Zobacz wersję mobilną podhale24.pl
Skontaktuj się z nami
Adres korespondencyjny Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Obserwuj nas