Przyjaźniąc się z jego później urodzonymi braćmi, trudno było pominąć w tamtych siermiężnych czasach ciemnowłosego przystojniaka, który męczył pianino w domu przy ulicy Harcerskiej, kiedy my, licealne szczawie, znęcaliśmy się nad piłką na placyku obok celi Lenina.
Do dziś nie wiem jak Pani Zosia, cudowna matka czterech budrysów, potrafiła poradzić sobie z tym domowym wulkanem młodości; Michał ciągle na rybach, Piotrek z gitarą w Geodzie (odeszli już obaj niestety!), Ziomek, którego szaleństwami można by obdzielić pół miasta i Janek, najstarszy, Pawluśkiewiczów zapowiedź gościa renesansu. W rurkach na tyłku i białych skarpetkach, bo takie były wtedy kanony mody, o czym nawet Józek Knap, ojciec Anety Larysy "Folk", nawet jeszcze nie wiedzieć nie mógł!
No i wyrósł nam Janek na Jana Kantego, światowej sławy kompozytora, który nie klezmerował po weselach. Bo jeśli już przyszło mu grać, to najwyżej na fajfach w żeńskich akademikach. Studiując architekturę jego talent eksplodował w zespole Anawa. Mało kto wie do dziś, co oznacza to pojęcie hinduistyczne w jodze oznaczające ego, rodzaj skorupy, warstwa brudu oblepiająca czystą boską duszę. Anielski niemal głos Grechuty i harmonijne dźwięki Pawluśkiewicza sprawiły, że muzyczny świat tamtych lat oszalał na ich punkcie.
Sukcesy przyszły jak na zawołanie, ale Jan Kanty nie zwykł spoczywać na laurach bobkowych, jak mawiał jego gimnazjalny profesor Przesławski. Powstawały aranżacje dźwiękowe i muzyka do filmów, których nasz artysta naliczył bodaj ponad setkę. Jednym z nich był obraz Kazimierza Kutza - "Zawrócony".
Dziś to pewien sygnał od kompozytora, choć może nie aż tak jaskrawy, sygnał na zmianę życiowej, w tym wypadku zawodowej orientacji i odejścia od muzyki do świata kolorowej ekspresji. Czyli obrazu, który Mistrz tak sobie od pewnego czasu upodobał.
Zostawmy zatem muzykę i zamysł, który nobilituje lokalnych młodych odtwórców Pawluśkiewiczowej muzyki w ramach festiwalu, który na szczęście został w Mieście wymyślony. Skupmy się na bohaterze tego tekstu, który wdał się w bijatykę z nową formą artystycznego wyrazu.
Jan Kanty, zapewne już zmęczony wędrówkami po świecie i bankietami na cześć "Nieszporów Ludźmierskich", zapragnął nieco spokoju i zaczął wyciskać żel z długopisów, aby stworzyć coś nowego; rywalizacja z Salvadorem Dali byłaby zbyt czytelna...
Mając tak wspaniałą muzę i menedżera zarazem, Katarzynę Cybertowicz, nowe wyzwanie było od razu skazane na sukces. Artżel wchłonął Mistrza tak daleko, że powstał cykl obrazów, niosących zakamuflowane w formie i barwie przesłanie, godne poczucia humoru człowieka, który posługuje się słowem na równi mistrzowsko zarówno rękoma, inspirowanymi obrazem, jak i muzyką.
Jan Kanty Pawluśkiewicz lubi powracać do Nowego Targu i za to go kocham, jak starszego brata, gdyż bliskie są nam te powroty...
Artyście tej klasy należy się w kulturze tego miasta miejsce na stałe...
Jacek Sowa